Welcome! Anonymous

ODEZWA DO FANÓW BUDKI SUFLERA

Tu można napisać wszystko o koncertach Budki Suflera

ODEZWA DO FANÓW BUDKI SUFLERA

Postautor: dariusz30t » 09 paź 2009, 14:00

W nawiązaniu do moich postów, chciałbym pogratulować wszystkim fanom uporu z jakim bronią Budki Suflera, naprawdę godne podziwu.
Jednocześnie dziwi mnie fakt braku zrozumienia moich intencji, które sugerowały tylko, że Budka w składzie z Panami Raduli i Jureckim brzmiała i grała o wiele lepiej niż obecnie, gdzie prym wiodły gitary, a teraz instrumenty klawiszowe.

Gratuluje tym osobą jak P. Moderator za taka ilość koncertów z Budką.

Uważam, ze w żaden sposób zarówno chamski jak i wulgarny nie pisałem o tym koncercie a wręcz przeciwnie.

Dziwi mnie fakt, że nikt nie potrafił merytorycznie odpowiedzieć na konkretne zarzuty dotyczące tego właśnie konkretnego koncertu.

A co do roku 2003 czy 2004 , a może 2002 koncert Budki w Spodku, to w związku z tymi zarzutami, że nie pamiętam roku, osobiście poproszę chyba o zaświadczenie od swoich znajomych ze Spodka, że na koncercie bylem i takowy się odbył.

Odpowiedzi fanów, że szkolenia przed koncertami to praktyka codzienna dla takich zespołów jak Lady Pank , Bajm itp są powszechne, świadczą tylko o tym , że tym zespołom brak kasy, bo na normalne koncerty są bilety z miejscówkami i tak jest w całej normalnej Europie.

Jednocześnie godny podziwu jest ten fanatyzm w stosunku do Budki, jednak uważam, że stanowi zagrożenie.

Pozdrawiam fanów fanatyków.
Dzięki wam chyba zacznę na siebie uważać, żeby na żadnego nie trafić przypadkiem, bo widzę realne zagrożenie nawet dla życia.

------------------------------------------------------------------------------------

Tak widziałem tą garstkę tych prawdziwych fanów skaczących na płycie, też godne podziwu.
Mogę tylko dodać, że wywołałem chyba pozytywną dyskusję na temat obecnie grającej Budki.

Na koniec tak prywatnie do Pana Moderatora, napisał Pan, że jest mieszkańcem Śląska , czyli chyba nie rodowitym ślązakiem tylko tzw. przywiezionym w teczce lub jak to mówią w "wagonie" w dobie dobrobytu naszego regionu.
Proszę tego nie mieć za złe, ale mam wielu kolegów w Piekarach, którzy mówią , że są ślązakami, a dziadkowie lub tatusiowie pochodzą za Buga.

A teraz możecie usnąć moje e-maile.
Serdecznie mam to gdzieś, to będzie tylko świadczyło o poziomie fanów i moderatora.

Już i tak osiągnąłem co chciałem, a jak ktoś ma problem to zapraszam na spotkanie z moim prawnikiem.

Pozdrawia.
Od dzisiaj anty fan Budki
dariusz30t
dariusz30t
 

Postautor: Magister » 09 paź 2009, 14:16

To nie będzie świadczyć o poziomie moderatora tylko o Twoim poziomie kretynizmu. Zapraszam na osobite spotkanie to wtedy Ci wytłumaczę mój poziom śląskości. Jeszcze mogłem się łudzić, że ktoś chce porozmawiać o Budce ale tym postem pokazałeś swój poziom, ale cóż my możemy, jedynie wyrazić ubolewanie i politowanie nad stanem Twojego umysłu. Takie objawy najbliżej wyleczą w Rybniku lub Lublińcu i niech pozostałe osoby z FC i forum wybaczą mi, że tak piszę, bo sugerowały mi, żebym nie dyskutował z niejakim dariuszem30t. Jeżeli jednak na muzycznym forum Budki porusza się kwestie zamieszkania, rodziny, pochodzenia to takim osobom jak człowiek,który "odważnie" ukrywa się pod nickiem dariusz30t, naprawdę trzeba pokazać jak sami są malutcy.

Łukasz
Moderator forum zespołu z Lublina. Rodowity Piekarzanin.
Awatar użytkownika
Magister
Moderator
Moderator
 
Posty: 676
Rejestracja: 11 lis 2002, 13:10
Lokalizacja: Piekary Śląskie

Odpowiedź

Postautor: dariusz30t » 09 paź 2009, 14:32

Witam.
Już nie będę pisał na Waszym forum bo to nie ma sensu.
Moim zdaniem fanatyzm powinien być leczony w Rybniku bądź Lublincu, bo od fanatyzmu się zaczyna a na faszyźmie kończy.

Pozdrawia
Ślązak z dziada pradziada niedaleko Piekar

Ps.
Jak Pan szanowny moderator studiował na Politechnice to chyba się znamy, bo twarz wydaje mi się znajoma.

Dla porównania jakości brzmienia Budki zapraszam na koncerty Deep Purple, trzeba było być chociaż na jednym z ostatnich w okolicy Wrocław, Ostrawa, czy wcześniej Berlin, wtedy zdanie o nagłaśnianiu imprez i jakości brzmienia miałby Pan inne i nie był ślepo zapatrzony w grającą teraz kiepsko Budkę.
Pozdrowienia dla Marka Raduliego i Mieczysława Jureckiego
Popisał
Fan tylko starego składu Budki
dariusz30t
 

Postautor: ika » 09 paź 2009, 18:12

"Fan tylko starego skladu Budki" to chyba nie fan Budki? Czyzby to zakrawalo na fanatyzm..? :twisted:
Trudno merytorycznie odpowiadac na niemerytoryczne zarzuty w stylu "falsz za falszem" albo "po kielichu"... zreszta na wiekszosc bardziej sensownych odpowiedz znajdziesz w innych watkach, wystarczy je czytac, a nie zakladac nowe.
Zegnamy wiec - jak latwo przestac byc fanem, prawda?
Czy ty czujesz ten rytm...?

On pulsuje nam we krwi...
Awatar użytkownika
ika
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 202
Rejestracja: 08 maja 2004, 12:07
Lokalizacja: Katowice

Postautor: ika » 09 paź 2009, 18:16

Heh i jeszcze jedno "juz i tak osiagnalem co chcialem".. no to juz mam odpowiedz na moje pytanie PO CO. A mialam glupia nadzieje ze jednak jakies glebsze pobudki miales niz tylko narobic zamieszania.. Ale spokojnie, nie z takimi dawalismy sobie rade :)
Czy ty czujesz ten rytm...?

On pulsuje nam we krwi...
Awatar użytkownika
ika
Stały bywalec
Stały bywalec
 
Posty: 202
Rejestracja: 08 maja 2004, 12:07
Lokalizacja: Katowice

Postautor: jutubek1 » 10 paź 2009, 10:39

Koleś, próbowałeś tutaj zrobić bałagan i zamieszać w głowach innych. Powinieneś jednak wiedzieć, że wielu z ludzi ,którzy tutaj zamieszczają posty, to osoby, które są z muzyką BS przez wiele lat i choć niektóre rzeczy uległy zmianie i nie wszystko musi się podobać to te osoby nie zaczną bić ci brawo i nie podejmą deklaracji-"Tak my też wrzucamy nasze płyty do ognia". To nie ma sensu. Jesteśmy z tym zespołem do końca a ty jesteś jak Don Kichot walczący z wiatrakami...
jutubek1
Dopiero zaczyna
Dopiero zaczyna
 
Posty: 23
Rejestracja: 19 kwie 2009, 13:09

Postautor: rolusia » 10 paź 2009, 18:09

Mgr ! z głupcem sie nie dyskutuje ,czyżbyś nie znał tego jakże prawdziwego przysłowia ?
Mgr !
Głupiec najpierw ściagnie Cię do swojego poziomu ,a nastepnie pokona doświadczeniem.
A Ty za inteligentny facet jesteś by tak nisko upadac :)
Pozdrawiamy !
Myśli wychodzą z cienia
Coś w człowieku się zmienia
I powracam z wyprawy na słoneczny ląd
Awatar użytkownika
rolusia
Czasem tu pisuje
Czasem tu pisuje
 
Posty: 71
Rejestracja: 01 mar 2007, 08:56
Lokalizacja: krakow/tarnow

Postautor: RAGTIME » 11 paź 2009, 02:53

Dariuszu30 d " SABO" skoncz z odezwami!!! Z odezwą mam złe skojarzenia , ja słucham Budki Suflera od początku powstania zespołu, wtedy też mieli inny skład i repertuar.W poprzednich latach też mieli różne płyty lepsze , lub gorsze co nie oznacza , że ich przekreśliłem dla mnie ,są najlepszym zespołem, i wszystko w tym temacie.Podejrzewam, że nie śledzisz losów Marka i Mietka ,oczywiscie grają to co zawsze chcieli grac , inny gatunek muzyki, bo w zespole Budka nie byli soba takie było ich odczucie, teraz grają w klubach dla garstki fanów.Jurecki zamiast się poświęcić do czego ma talent, to wypisuje bzdety na swoich byłych kolegów.Dariusz30 pytam się kim był Jurecki czy Raduli przed BudkąSuflera? Sam sobie może znajdziesz odpowiedz!!!Pozdrawiam :!:
Dorzucam drew, bo ogień zgasł,
Ciągle burza trwa,
Nagle feria barw i mnóstwo świec,
Ktoś na skrzypcach gra........
Awatar użytkownika
RAGTIME
Często się wypowiada
Często się wypowiada
 
Posty: 108
Rejestracja: 02 lut 2009, 18:12
Lokalizacja: Z GÓR !!!

Info - o Marku Radulim

Postautor: dariusz30t » 11 paź 2009, 14:52

Krótka odpowiedź na pytanie o śledzenie losów :

Marek Raduli urodził się 21 czerwca 1959 roku w Kędzierzynie-Koźlu. W 1972 roku skończył Szkołę Muzyczną I stopnia w Kędzierzynie-Koźlu, w 1976 roku - Szkołę Muzyczną II stopnia im. Fryderyka Chopina w Opolu. Uczył się muzyki i grał. Zaczynał w środowisku opolskim: był członkiem zespołów 'PEX 75' i 'SYNTEZA PP', nagradzanych na przeglądach 'Muzyczna Jesień' (Grodków-Kędzierzyn, 1978 i 1979). Wiele zawdzięcza (jak sam z atencją wspomina) opiece Edwarda Spyrki z opolskiej rozgłośni Polskiego Radia. Współpracował z takimi muzykami, jak Jan Cichy i Andrzej Trefon. Grał w opolskim zespole (o jazzowych aspiracjach) REBUS. Pojawiał się w różnych składach grup, z których potem powstał zespół-legenda: TSA.

Marek Raduli początek lat '80. XX w. W 1982 roku związał się na dłużej z zespołem Banda i Wanda (płyty 'Banda i Wanda', 1983; 'Mamy Czas', 1985; 'Własna Kalifornia'; 1989). Z Jackiem Krzaklewskim grali tam gęsto i głośno. Ten rockowy zespół miał orientację na pop i nie zamierzał zmieniać świata. Mimo dość zabawowego wizerunku była to rzetelna robota estradowa, codzienna praca nad warsztatem i raczej niełatwe życie, pędzone na koncertowej włóczędze po schyłkowym peerelu. Przetrwało z tamtych czasów kilka przebojów - i muzyczne przyjaźnie (po dwudziestu latach znów zabrzmiała u Wandy Marka gitara, wrócił też do niej jako producent).

Lata osiemdziesiąte były dla Marka szkołą muzycznego charakteru i zaowocowały rozmaitymi związkami, których artystyczne rezultaty pojawiły się w następnym dziesięcioleciu. Wiele i intensywnie koncertował, równolegle pracując jako muzyk sesyjny. Wszystko to obok płyt, w nagraniu których brał udział jako pełnoprawny członek zespołów: Kciuk Surzyn Band ('Klucha w śpiewnik', 1990), grupa Tadeusza Nalepy ('Absolutnie', 1991), Bajm ('Biała Armia', 1991), Three Generations Trio - Zbigniew Lewandowski & Friends ('Live!', 1992), Bajm ('Płomień z nieba', 1993).

Wojciech Pilichowski wspomina: "W zespole Grażyny Łobaszewskiej poznałem Marka Raduli i Zbyszka Lewandowskiego. Okazało się, że mimo różnicy wieku nadajemy na tych samych falach. Stworzyliśmy trio nazwane 'Trzy Generacje'. Zagraliśmy dwie próby i na tych dwóch próbach pociągnęliśmy przez dwa lata koncerty. Graliśmy swoje i trochę «cudzesów»"
Marek Raduli początek lat '90. XX w.


Pierwszą płytą Budki Suflera, w nagraniu której Marek brał udział, była 'Cisza' (1993); potem było jeszcze osiem kolejnych... Zawsze otwarty, nie stronił też od udziału w różnych projektach - np. Maryli Rodowicz ('Marysia Biesiadna', 1995), Jackowi Skubikowskiemu ('Uczciwa bieda', 1995), czy Maciejowi Zembatemu (ścieżka dźwiękowa do filmu 'Siedem Życzeń'). Wspomógł Krzysztofa Gabłońskiego ('Full Service', 1995), Izabelę Trojanowską ('Chcę inaczej', 1996), Darka Kordka ('Tylko cień', 1996) - nie mówiąc o wielu innych przedsięwzięciach...


Marek Raduli, lata '90. XX w. Praca z Budką nieco przyhamowała tę aktywność - ale mógł zrobić też coś od siebie i dla siebie. Gdzieś po drodze powstała jego pierwsza autorska płyta - 'Meksykański Symbol Szczęścia' (1996). To kolekcja utworów instrumentalnych, obrazujących możliwości kompozytorskie i wykonawcze artysty. Poruszając się swobodnie w różnych stylistykach muzycznych, ukazuje tam bogactwo swojego instrumentu - gitary, i swoje - jako gitarzysty. Płyta uzyskała uznanie i dobrą sławę, plasując się wysoko w kategorii płyt gitarowych. W plebiscycie pisma 'Gitara i Bas' osiągnął szczyt w kategorii 'Gitarzysta Roku' (1997). Dzięki 'Budce' zyskał popularność, ale nie chciał się dać zamknąć w szufladce 'Pop Guitar Hero'. Zawsze ciągnęło go w okolice jazzu i muzyki fusion. Na dodatek chętnie siada za bębnami, czasem do klawiszy, z powodzeniem aranżuje i komponuje. Od lat regularnie prowadzi zajęcia na różnych warsztatach muzycznych, miewa też studenckie audytoria. Doświadczeniem dzieli się chętnie - jego teksty i testy często drukował śp. Janusz Popławski w pismach Professional Music Press.


Wiosną 2003 roku zamknął się rozdział pt. 'Marek w Budce'. Wiadomość była sensacyjna, ale nie było skandalu ani wielu plotek. Nie było też żadnej przerwy, urlopu, odpoczynku od pracy. Przeciwnie, pracy zrobiło się więcej: posypały się prośby o gościnne występy i udział w nagraniach, pojawiła się możliwość grania w klubach, w rozjazdach powstawała muzyka do filmu Marka Rębacza. Wreszcie stało się możliwe powstanie supergrupy SQUAD (+ Wojtek Pilichowski, Tomek Łosowski, Wojtek Olszak i Adam Bałdych), której premierowy występ wpisał się w jubileuszową edycję XX festiwalu Ingolstadt Jazz Tage 2003.


Jesień 2003 - to także zbliżenie z Krzysztofem Ścierańskim, z którym zagrał kilka udanych koncertów - m.in. wystąpili razem w Spodku na imprezie 'Dla Kawy', a w grudniu - w trakcie i w finale VIII Festiwalu Gitarzystów Jazowych "Guitar City" (transmitowanym przez "Trójkę" - Program III PR). Także w grudniu SQUAD pierwszy raz wszedł do studia, by nagrać kilka utworów. Na początku roku 2004 okazało się, że w ankiecie portalu fusion.pl w kategorii 'gitarzysta roku' Marek bezapelacyjnie zajął pierwsze miejsce. W lutym krótki rajd Raduli SQUAD po południowej Polsce zakończył się rejestrowanym koncertem w Jaworkach - efekt trafi na pierwszą płytę zespołu. W marcu zdarzyła się trasa z zespołem 'Funk dE Nite' i ich partnerami z różnych stron świata (Saskia Laroo, NL i Warren Byrd, USA) - z tego spięcia też będzie płyta! W kwietniu koncertową turę odbył 'Pi-eR-kwadrat' (MR, Woj Pilichowski i Tom Łosowski). Równolegle w planach był projekt grupy STAFF z wokalistą! Ta historia szybko się rozwijała...
Marek Raduli GuitarCity 2003

W lipcu Marek zagrał rewelacyjny, świetnie przyjęty i oceniony koncert z Krzysztofem Ścierańskim na warszawskim, międzynarodowym festiwalu "Jazz na Starówce". Także w lipcu jak zwykle ogłoszono wyniki plebiscytu czytelników i dziennikarzy magazynu "Gitara i bas + bębny". Wyniki były wprost zdumiewające - 'Nową nadzieją' obwołano zespół SQUAD (który jeszcze nie wydał debiutanckiej płyty!). Sam Marek znalazł się na drugim miejscu w kategorii gitarzystów rock, zaś jego partnerzy z grup SQUAD i 'Pi-eR-kwadrat' - Pilichowski i Łosowski - zgarnęli pierwsze miejsca w swoich kategoriach oraz obaj - jako najlepsza sekcja... Ale nie odebrali statuetek na gali 'Gitarowy Top' w Gdyni - bo wszyscy trzej pracowali w tym czasie w Muzycznej Owczarni w Jaworkach na warsztatach muzycznych z młodzieżą z całego kraju.


Jesień 2004 to karuzela koncertowa: Marek ciągle w drodze, bo równolegle występuje W CZTERECH (!) zespołach... 'Pi-eR-Dwa', 'Funk dE Nite', 'Kwartet Zbigniewa Jakubka' i 'Trio Krzysztofa Ścierańskiego'... Rok 2005 to już większe skupienie na 'Pi-eR-2' - w lutym studio, w marcu płyta 'TRANSPORTER', a cała pierwsza połowa roku 2005 upłynęła na promocyjnej trasie koncertowej. A w 'wakacje' - warsztaty...

W roku 2006 trwała ta sama "krzątanina" - ale z dodatkiem koncertów z "irlandzkobrzmiącą" grupą Carrantuohill. Latem Marek (a nawet całe 'Pi-eR-2') dali super-pokaz i koncert na Owsiakowym festiwalu "Przystanek Woodstock" (przyjęte entuzjastycznie). Jesienią wszechstronna aktywność Marka została zwieńczona międzynarodową trasą zespołu THE COLORS. W tej supergrupie zagrali: Krzysztof Ścierański i Marek na gitarach, Paul Wertico na perkusji (przez 18 lat grał w megazespole Pat Metheny Group!) i Bernard Maseli na wibrafonie (Walk Away i inne zjawiska).

Rok 2007 zaczął się małym trzęsieniem ziemi: w dorocznym plebiscycie 'Jazz Top 2006' pisma Jazz Forum, w kategorii 'gitara', poprzedzony przez Jarosława Śmietanę i Marka Napiórkowskiego, na trzecim miejscu znalazł się... Marek! Dwa pierwsze miejsca nie dziwią, w końcu obaj laureaci grają na gitarach jazz "od zawsze", stąd tym większa niespodzianka na miejscu trzecim. Rok ogólnie jednak był dość spokojny, chociaż pracowity - Marek znowu zaliczył około setki koncertów w kilku różnych zespołach, a także kilka cieszących się rosnącym powodzeniem, kilkudniowych warsztatów muzycznych - w całej Polsce.

Niespodzianką był również początek roku 2008. Marek został oficjalnie zaangażowany do szczęśliwie reaktywowanego, owianego legendami, krakowskiego zespołu 'Laboratorium' (w oryginalnym składzie: Marek Stryszowski - wokal i saksofon, Janusz Grzywacz - instrumenty klawiszowe i Krzysztof Ścierański - gitara basowa). Jednocześnie nieco zaniedbany SQUAD został na nowo zrekonstruowany (instrumenty klawiszowe - Kamil Barański, perkusja - Radek Owczarz) i ruszył w trasę... Takich niespodzianek może być coraz więcej! Rok zakończył się dobrze - Marek wziął udział w różnych projektach fonograficznych ('Polskie gitary grają Hendriksa', 'Tribute to Tadeusz Nalepa' i innych), ale przede wszystkim doprowadził do ukazania się drugiej płyty jego najważniejszego zespołu - 'Pi-eR-2' - pod tytułem 'time52'. Recenzje są bardzo pozytywne...
dariusz30t
 

Odpowiedź dla Pani "Rolusia"

Postautor: dariusz30t » 11 paź 2009, 14:59

Witam serdecznie.

Tak faktycznie magister się nigdy nie dogada z magistrem inżynierem.
Dlatego faktycznie mgr inż. musi ściągnąć do swojego poziomu magistra, żeby przeprowadzić z nim merytoryczną dyskusję.

Jest Pani kolejną osobą nie potrafiąca podjąć merytorycznej dyskusji podpartej argumentami.

Na szczęście na forum pojawiły się dwie osoby które prowadziły ze mną prywatną korespondencję na temat koncertu w spodku.
Dzięki czemu potrafiliśmy osiągnąć konsensus i porozumienie w tej sprawie.
Musze powiedzieć, że szereg podpartych wiedzą udokumentowanych argumentów przekonało mnie do zastanowienia się i trzeźwą oceną obecnego składu Budki.

Pozdrawiam.

PS.
Nieładnie od razu kogoś nazywać głupcem nie znając tej osoby.
dariusz30t
 

Mieczysław "Mechanik" Jurecki

Postautor: dariusz30t » 11 paź 2009, 15:07

http://www.jurecki.art.pl/

Urodziłem się 3 października 1956 roku we Wrocławiu.
Dano mi na imię Mietek ponieważ moi rodzice po zabawie
Sylwestrowej 1955/1956 spędzili upojną noc, a potem spojrzeli
w kalendarz, gdzie było wyraźnie napisane, że 1 stycznia
imieniny obchodzi Mieczysław :). Niezbyt lubię swoje imię,
ale i tak jest ono lepsze od imienia Adolf, Burchard,
Charyzjusz, Demetriusz, Emeryk, Frumencjusz,
Ksenofont, Liboriusz, Prudencjusz, Reinhold, Ubald
czy Zbrosław :).

Mój pierwszy kontakt z instrumentem muzycznym
nastąpił w wieku czterech lat, gdy od św. Mikołaja
otrzymałem w prezencie skrzypce - zabawkę. Do dzisiaj
pamiętam, że instrument miał czerwony kolor, był pomalowany
w białe wzorki i miał smyczek z końskiego włosia smarowanego kalafonią.

W wieku sześciu lat chciałem zostać strażakiem :)
Profesjonalny kontakt ze Strażą Pożarną nastąpił wiele lat później
podczas kręcenia teledysku do piosenki "Moja Zocha już mnie nie kocha".
Będąc uczniem Szkoły Podstawowej nr 55 we Wrocławiu śpiewałem w chórze kościelnym parafii Bożego Ciała po czym rozpocząłem krótkotrwałą naukę gry na akordeonie (1 tydzień :)). Następnie rodzice sprezentowali mi gitarę akustyczną i wysłali na naukę gry do MDK (Młodzieżowy Dom Kultury). Instruktor Leduchowski uczył tam z książki "Jak Hania na gitarze grać się nauczyła" :). Po pierwszym publicznym występie zrezygnowałem jednak z nauki nie powiadamiając nikogo o swojej decyzji. Moi rodzice dowiedzieli się o tym po paru miesiącach i nie byli zachwyceni :).

Karierę solową rozpocząłem występując na akademiach szkolnych. Jednocześnie śpiewałem, grałem na gitarze akustycznej, harmonijce ustnej i przymocowanych do prawej nogi janczarach (rodzaj dzwonków). Następnie ze starszymi kolegami (Leszek Racławski i Jerzy Stpicki) założyłem zespół szkolny. Początkowo akustycznie (akordeon, gitara i tamburyn) a potem elektrycznie (przystawki elektryczne do gitar akustycznych i radioodbiorniki domowe zamiast wzmacniaczy :), później gitary elektryczne rzemieślniczej konstrukcji i bębny "Polmuz") graliśmy na wszelkiego rodzaju imprezach rozrywkowych i uroczystościach rodzinnych. Za pieniądze zarobione na pierwszym w życiu weselu kupiliśmy cztery głośniki 5W (pięciowatowe! :)) i w ten sposób zespół stał się zbyt głośny jak na warunki szkolne.

Padła propozycja aby przenieść się do Klubu Kolejarza mieszczącego się na pierwszym piętrze Dworca Głównego we Wrocławiu. Były tam wzmacniacze, kolumny głośnikowe, mikrofony a także instruktor. Marian Konieczny. Znakomity profesjonalny muzyk! To on spowodował, że pierwszy raz w życiu zagrałem na gitarze basowej. Stało się tak gdyż pewnego razu Konieczny przyniósł nuty dla zespołu i basista nie mógł poradzić sobie z partią basu. Konieczny zaproponował więc żebym ja spróbował zagrać tę partię. Zagrałem i usłyszałem, że wobec tego będę basistą w zespole. Ponadto Konieczny poznał mnie z Jankiem Borysewiczem, który grał wówczas pod jego instruktorską opieką w Domu Kultury na Sępolnie.

Nigdy nie pogodziłem się z tym, że będę grać tylko na basie:). Zwłaszcza, że właśnie skończył się festiwal w Woodstock, gdzie zagrał zespół "Ten Years After", a u kolegi na magnetofonie "Tonette" można było zwolnić obroty i usłyszeć jakie cuda gra na gitarze Alvin Lee.

Zaczęły się czasy IX LO. Będąc w pierwszej klasie liceum grałem w Klubie Kolejarza na przeglądach piosenek, choinkach dla dzieci, zabawach tanecznych, a jednocześnie w rockowych zespołach istniejących w szkole - początkowo na bębnach w zespole rockowym braci Merkiel (uczniowie czwartej klasy!:)) a potem w swoim zespole rockowym z Piotrem Oryńskim, z którym grałem później w zespole "Express". Zespół robił zbyt głośne próby w auli IX LO i skończyło się tak, że przyprowadziłem ten rockowy band do Klubu Kolejarza. Razem z Piotrem Oryńskim przeprowadziliśmy sondę wśród bywalców klubu i przygotowaliśmy najbardziej lubiane przez klubowiczów piosenki. Były to utwory z repertuaru "Deep Purple", "Slade", "Rolling Stones", "Locomotiv GT", itp. Graliśmy w trio: Jurecki - git. voc., Oryński - bg. i kilku zmieniających się perkusistów (Jurek Stpicki, Felek Więckiewicz a po zakończeniu pracy z "Nurtem" znakomity Rysio Sroka). To było szaleństwo! Graliśmy w każdy weekend przy pełnej sali zachwyconej publiczności.

W tygodniu rano przychodziłem na lekcje a następnie w biegu zdejmowałem tarczę szkolną i jechałem np. zagrać na gitarze koncert z Wojciechem Popkiewiczem (piosenka autorska). Rozpocząłem także pracę jako muzyk sesyjny orkiestry PR i TV we Wrocławiu. Nagrałem m.in. kilkadziesiąt piosenek kabaretu "Elita". Krótko byłem również członkiem zespołu w Studenckim Teatrze "Kalambur" ( z Mirkiem Bielawskim - późniejszym wokalistą zespołu "Romuald i Roman" i "Bank")
Moi rodzice nie byli tym zachwyceni, ale na jakąkolwiek reakcję było już za późno!

Pewnego dnia wybrałem się na koncert grupy SBB. To było powalające przeżycie! Po tym koncercie doszedłem do wniosku,
że moje granie na gitarze nie ma najmniejszego sensu, skoro istnieje w Polsce tak znakomity zespół, a od umiejętności tych muzyków dzielą mnie lata świetlne. Postanowiłem przestać zajmować się muzyką. W tym postanowieniu wytrwałem około dwóch tygodni :). Wiele lat później, w 1987 roku miałem przyjemność wystąpić z Józefem Skrzekiem podczas Festiwalu Basistów
w Warszawie. Skrzek zagrał na moim zestawie basowym i używał moich akcesoriów muzycznych.

Pierwszą profesjonalną grupą rockową był NURT. Pewnego dnia do Klubu Kolejarza przyszedł Alek Mrożek (muzyk - legenda) aby zaprosić mnie do współpracy w charakterze basisty. Propozycję przyjąłem. Piotr Oryński pożyczył mi swój wzmacniacz basowy
i kolumnę głośnikową (byłem gitarzystą i miałem wówczas tylko sprzęt gitarowy), po czym od Andrzeja Pluszcza kupiłem kultową gitarę basową marki "Defil" pomalowaną przez żonę Kazia Cwynara (wcześniejszego basistę "Nurtu") w taki sposób, że wzbudzała powszechny podziw i szacunek. W zespole grał Alek Mrożek - git., Piotrek Iskrowicz - git. (później "Bank"), Rysiek Sroka - dr.,
a śpiewał Włodek Grzesik (później MSA 1111). Najlepiej pamiętam z tego okresu koncert w NRD w Ogrodzie Zoologicznym (pierwszy profesjonalny wyjazd zagraniczny :)). Nie wiadomo z jakiego powodu Niemcy zrozumieli, że przyjechał zespół folklorystyczny i zorganizowali koncert ostrego rockowego zespołu w ZOO na scenie, która była umiejscowiona pomiędzy olbrzymią klatką z sępami a wybiegiem dla niedźwiedzi. Po pierwszych rockowych dźwiękach zwierzęta dostały furii. W klatce fruwały pióra a niedźwiedzie z rykiem próbowały sforsować bariery aby dostać się do muzyków :).
Zespół "Nurt" w tym składzie nie grał zbyt długo. Pomimo starań Michała Frejtaka (późniejszy menadżer "Mechanika") muzycy bez Alka Mrożka dokonali nagrań w PR Wrocław (byłem ich współkompozytorem) i rozstali się. Zacząłem interesować się muzyką "funky".

W tzw. "wolnej chwili" zdałem maturę i egzaminy na Akademię Ekonomiczną we Wrocławiu (1975r.). Uczelnię tę wybrałem dlatego, że na jej terenie znajdował się klub studencki "Simplex", w którym odbywały się próby mojego kolejnego zespołu założonego wspólnie z Piotrem Oryńskim.

Dzięki pracy w "Nurcie" stałem się znanym muzykiem w środowisku wrocławskim (tzw. "młody - zdolny" :)) i kilka miesięcy później odwiedzili mnie Romuald Frey - git. i Juliusz Mazur - keyb. (później "Crash") aby zaprosić mnie do współpracy z zespołem jazzowym znakomitego saksofonisty Ryszarda Gwalberta Miśka. Wszystko potoczyło się błyskawicznie! Dwa tygodnie później byłem już na Zimowych Warsztatach Jazzowych w Mąchocicach pod Kielcami, gdzie wykładowcami byli czołowi polscy muzycy jazzowi (J. P. Wróblewski, W. Karolak, Z. Namysłowski, Cz.Bartkowski, P. Jarzębski). Uczestnikiem warsztatów była również grupa "Integracja" z Radomia ze Staszkiem Zybowskim i zespół Czesława Niemena. W ostatnim dniu warsztatów uczestnicy zostali zaproszeni na koncert Niemena w Kielcach. Przed gwiazdą wieczoru występowała "Budka Suflera" :). Moją uwagę zwrócił znakomity rockowy gitarzysta Andrzej Ziółkowski.

Pobyt na warsztatach wywrócił mój muzyczny światopogląd i otworzył mnie na jazzową harmonię muzyczną. Rozpoczęły się trasy koncertowe w towarzystwie największych gwiazd polskiego jazzu i zaczęło brakować czasu na studia. Po pierwszym semestrze (czyli po powrocie z koncertów jazzowych w Lublinie! :)) z dziekanatu Akademii Ekonomicznej odebrałem swoje dokumenty. Potem był festiwal "Jazz nad Odrą" i kolejna propozycja.

Zespół "MSA 1111" kierowany przez Janusza Konefała grał bardzo nowocześnie i był już nawet laureatem jakiegoś festiwalu młodzieżowego (na koncerty grupy przychodzili z zaciekawieniem uznani profesjonalni muzycy), ale lider miał ambicje jazzowe. Zdecydował się je zrealizować z moją pomocą. Jednocześnie w celu przyciągnięcia większej ilości słuchaczy zatrudniono wokalistę (Włodek Grzesik - wcześniej "Nurt"). W zespole oprócz lidera - gitarzysty grał również Leszek Chalimoniuk - dr. ( później "Romuald i Roman", "Spisek" i "Porter Band") oraz Wojtek Jaworski - keyb. (koncertował później z grupami "12 Sprawiedliwych" i "Półbuty").

Wszystko runęło gdy z Wojskowej Komendy Uzupełnień otrzymałem bilet do wojska. W lecie 1976 r. zagrałem na festiwalu Pop Session w Sopocie (grał tam również Wojtek Pogorzelski - później "Oddział Zamknięty" i Sławek Łosowski - później "Kombi")
i spóźniony o tydzień stawiłem się w wyznaczonej Jednostce Wojskowej, a stamtąd pod eskortą zostałem przewieziony na tzw. "poborówkę". Moja wojskowa kariera była krótka i dość burzliwa, przyznano mi prawie wszystkie możliwe kategorie zdrowia i po dwóch miesiącach i pięciu dniach (dzień przed przysięgą :)) wydostałem się na wolność.

Ponownie rozpocząłem występy z MSA 1111. Zespół wyjechał na kolejne Zimowe Warsztaty Jazzowe a potem na festiwalu "Jazz nad Odrą '77" grupę i jej wspólną kompozycję "Autoportret X" obsypano deszczem nagród. Zostałem wyróżniony tytułem "Najlepszego Basisty Festiwalu". Podczas wręczania nagród zamieniono dyplomy i mój dyplom otrzymał Najlepszy Skrzypek Festiwalu - Krzesimir Dębski. Zamieniliśmy się dyplomami w kulisach :). Pamiętam, że tydzień przed festiwalem otrzymałem nową gitarę basową fretless (bez progów) konstrukcji braci Jakubiszyn. Nie umiałem na niej niczego porządnie zagrać i jeszcze na dzień przed festiwalem zastanawiałem się czy jednak nie zamontować do niej progów :).

Sukcesy na festiwalu nie przełożyły się na koncerty więc przyjąłem propozycję zagrania w rockowym zespole "Romuald i Roman". Grupa czasy świetności miała już za sobą, lecz grali tam wówczas znakomici muzycy - historyczny założyciel zespołu Romuald Piasecki - git., Leszek Chalimoniuk - dr. (później "Spisek" i "Porter Band"), Janusz Kuba Góralski - keyb. (później "Spisek"),
a śpiewał Mirek Bielawski (później "Bank"). Dzięki menadżerowi Markowi Łaciakowi grupa zagrała dużą ilość koncertów, a w klubie "Na Fortach" w Gdańsku zespół zagrał dzień po koncercie "Budki Suflera" :). Podczas koncertowego pobytu w Giżycku pierwszy raz w życiu pływałem na desce windsurfingowej. Na okoliczność występu w koncercie "Lato z Radiem" wymyśliłem po raz pierwszy samodzielnie piosenkę, którą wykonano na żywo i natychmiast o niej zapomniano :).

W międzyczasie z gitara basową stanąłem przed Państwową Komisją Weryfikacyjną i otrzymałem uprawnienia muzyka - solisty
w imprezach estradowych a rok później jazzowego muzyka - solisty.

Pod koniec 1977 r menadżer "Romuald i Roman" otrzymał propozycję pracy z zespołem "Spisek", który występował wówczas
z Haliną Frąckowiak. Marek Łaciak propozycję przyjął i rozpoczął tam pracę wraz z Kubą Góralskim, a parę tygodni później dołączyłem tam ja i Chalimoniuk oraz Jacek Krzaklewski (obecnie "Perfect"). "Romuald i Roman" faktycznie przestał istnieć
(w późniejszym okresie kilkakrotnie zagrałem jeszcze z Romualdem Piaseckim pod tą nazwą, ale nie miało to już specjalnego znaczenia).

Zespół "Spisek" i Halina Frąckowiak byli zatrudnieni w Agencji Artystycznej "Impart" we Wrocławiu. Agencja zapewniała nagłośnienie, stroje estradowe i stabilne warunki finansowe. Realizowano nagrania radiowe i programy telewizyjne. Pamiętam uczestnictwo w programie TV "Turniej miast" w fabryce opon "Stomil" w Olsztynie, gdzie oprócz Haliny Frąckowiak występowała Krystyna Prońko ze znakomitym zespołem "Koman Band" i grupa "Dwa Plus Jeden" (przezwisko branżowe "Liczydło" :)). Ludzie biorący udział w poszczególnych konkurencjach robili tam na trzeźwo rzeczy niewyobrażalne (np. konkurencja "Skoki przez stosy opon", "Dmuchanie dętek samochodowych na czas", "Przetaczanie kół od traktora" itp. idiotyzmy :)).

Na początku 1978r. zespół został zaangażowany do Teatru Variete "Victoria" w Warszawie, gdzie codziennie przez dwa miesiące
o godz. 24.00 występował przed zagraniczną publicznością. Zespół oprócz akompaniowania Halinie Frąckowiak wykonywał niezwykle precyzyjnie i efektownie kompozycje saksofonisty Włodka Wińskiego i puzonisty Leszka Paszko, a także utwory
z repertuaru "Tower Of Power" i "Earth, Wind And Fire". Również ja zaproponowałem zespołowi swoją piosenkę, Leszek Paszko zaczął ją nawet aranżować, ale chwilę później została ona poddana miażdżącej krytyce i przestałem się tym zajmować. Podczas dwumiesięcznej pracy w variete poznałem Zbyszka Hołdysa, który pewnego dnia przyniósł swoją propozycję kompozytorską dla Haliny Frąckowiak, a potem Krzysztofa Cugowskiego, który przyjechał do Warszawy sprawdzić, czy zespół "Spisek" rzeczywiście tak świetnie gra na żywo. Sprawdził i zaproponował aby grupa zamieniła wokalistkę na wokalistę.

Monotonia dwumiesięcznego pobytu w hotelu "Bristol" i codziennego grania o północy w tym samym miejscu zaowocowała wzmożonym spożyciem :(. Pod koniec kontraktu wszyscy mieli serdecznie dosyć całej sytuacji i Halina Frąckowiak zakończyła pracę z zespołem.

Teoretycznie "Spisek" miał nowego wokalistę, ale był on z Lublina, a cały zespół mieszkał we Wrocławiu. Próby odbywały się korespondencyjnie :). Koncerty były rzadkością. Miałem czas na to aby ponownie zająć się pracą muzyka sesyjnego. Rozpocząłem pracę sidemana z Irkiem Nowackim - dr. (dawny znajomy z czasów Klubu Kolejarza, później perkusista "Cross'u" i "Recydywy")
i Jackiem Krzaklewskim. Był także dość krótki epizod z zespołem "Projekt" ze Zdzisławem Janiakiem (potem "Budka Suflera").

W połowie 1978r. "Spisek" nagrał z Cugowskim trzy piosenki w studio PR Katowice, następnie zagrał kilka koncertów na które wokalista nie dojechał. Z kolei na jednym z późniejszych koncertów pianista był tak pijany, że nie miał siły aby położyć palce na klawiaturze i Cugowski zaśpiewał pierwszą zwrotkę piosenki a'capella (bez podkładu muzycznego).

W drugiej połowie 1978r. po kilku latach emigracji do Polski przyjechał Krzysztof Klenczon. "Spisek" z Cugowskim występował przed tym artystą na ogólnopolskiej trasie koncertowej i to był koniec tej grupy! Pierwszy zrezygnował Jacek Krzaklewski, potem Leszek Chalimoniuk, a następnie po próbie bezsensownej reaktywacji grupy odszedłem ja.

Tym razem moim głównym zajęciem stała się praca muzyka studyjnego i sidemana. Nagrałem olbrzymią ilość muzyki teatralnej, filmowej (nawet do kryminału "Szkatułka z Hongkongu" :)) i szereg piosenek dla różnych wykonawców. Występowałem jako muzyk akompaniujący na Festiwalach Piosenki Aktorskiej. Te wszystkie rzeczy robiłem z profesjonalnym muzykiem i aranżerem Bogusławem Klimsą, który pewnego dnia zaproponował mi zagranie kosmicznej ilości koncertów z programem "Ludziom Dobrej Roboty" :). Graliśmy nie tylko w salach koncertowych ale również w POM-ach (Państwowy Ośrodek Maszynowy). W programie występowała duża ilość wykonawców (łącznie z solistami operetki :)) a gwiazdą był Edward Hulewicz. W którąś niedzielę zagrałem osiem koncertów. Było to możliwe gdyż spełnione były dwa warunki: program trwał dokładnie 1 godz. 25 min. i graliśmy w sali kinowej, która na obu przeciwległych ścianach posiadała kilka par drzwi. O godz. 7.30 rozsuwała się kurtyna i graliśmy pierwszy koncert dla matek trzymających na rękach śpiące dzieci :). Koncert kończył się o godz. 8.55, kurtyna się zasuwała, publiczność opuszczała salę drzwiami z prawej strony i jednocześnie ludzie, którzy przyszli na następny koncert, wchodzili drzwiami od strony lewej. O godz.9.00 rozpoczynał się kolejny koncert. I tak osiem razy! Mistrzostwo świata! Podczas piątego koncertu nie wiedziałem już która to zwrotka i kto następny występuje :). Następnego dnia trzeba było zagrać "tylko" trzy koncerty, więc czuliśmy się jak na wakacjach :) Taka trasa koncertowa trwała ok. dwóch tygodni, potem były dwa tygodnie przerwy i jechaliśmy zagrać w następnym województwie. Wytrzymałem w ten sposób dwa miesiące i poddałem się, zwłaszcza, że dostałem inną propozycję.

Aleksander Mazur to postać nieprawdopodobna! Grał na organach Hammonda i saksofonie tenorowym jednocześnie! Znakomity muzyk i świetny aranżer z olbrzymią wyobraźnią. Zaprosił mnie do zespołu który akompaniował Irenie Santor i Marii Koterbskiej. Pełny profesjonalizm! Dokładność, punktualność i trzeźwość! To była znakomita szkoła muzyczna dla mnie, Jacka Krzaklewskiego - git. , Irka Nowackiego - dr. i Zbyszka Czwojdy - tp.! Oprócz pracy z gwiazdami zajmowaliśmy się różnymi rodzajami muzyki
i zagraliśmy nawet jazzową wersję "Brzydkiego kaczątka" z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Białostockiej.
Po półrocznej pracy pojawiło się nieporozumienie w postaci wyjazdu muzyków na koncerty do NRD i ten skład zespołu Aleksandra Mazura przestał istnieć.

Ponieważ dobrze grało się nam z Irkiem Nowackim i Jackiem Krzaklewskim, a nie wystarczała nam rola sidemanów w studio PR Wrocław, więc postanowiliśmy przyjąć do naszego towarzystwa pianistę oraz saksofonistę i grać koncerty na żywo. Tak powstał zespół "Art Flash". Na elektrycznym pianinie grał Janusz Lorenowicz a na saksofonie altowym Wojtek Szczęch. Graliśmy koncerty
z Małgorzatą Gruszczyńską - Wojnarowicz a oprócz podkładów muzycznych dla innych wykonawców nagrywaliśmy również nasze utwory instrumentalne (jeden z nich grałem później solo na koncertach Budki Suflera w 1987 - 88r.). Następnie kolejny raz pojawił się w moim życiu Krzysztof Cugowski.

W 1980r. wielokrotnie przyjeżdżali do Wrocławia Niemcy którzy chcieli, abym grał w ich rockowym zespole. Zdecydowałem się w końcu na to żeby tam pojechać i menadżer tego zespołu (facet miał dużą ilość złotych zębów - oznaka bogactwa :)) za parę dni miał przyjechać autem ciężarowym i wyprowadzić mnie z Polski. Irek Nowacki użył podstępu. Upił mnie i wywiózł do Chełma Lubelskiego, gdzie czekał Cugowski który postanowił z nami śpiewać. Z Chełma wysłałem telegram do Niemiec, że na razie nie mogę tam zagrać :).

W Chełmie zespół większą część czasu spędzał na piciu alkoholu w hotelu "Kamena". Menadżer zespołu Witek Świtoniak bardzo rozrywkowo organizował dzień za dniem ale ta sytuacja miała niewiele wspólnego z muzyką. Nie był to chlubny okres w mojej karierze :(. W końcu zagraliśmy niewielką ilość koncertów a na festiwalu w Opolu wzięliśmy udział w widowisku "Pozłacany warkocz" autorstwa Katarzyny Gaertner. Zagraliśmy również na festiwalu "Jesień z bluesem" w Białymstoku. Nie było sensu dalej tego ciągnąć.

Nadszedł rok 1981. Oprócz pracy studyjnej grałem w "Wolnej Grupie Bukowina". To było ciekawe doświadczenie ponieważ w tym zespole nie było perkusji i rola gitary basowej była inna niż ta, do której byłem przyzwyczajony. Muzycy grupy charakteryzowali się innym rodzajem wrażliwości muzycznej. Na koncerty zespołu przychodziła zupełnie inna publiczność. Parę lat później powstały nagrania grupy z moim udziałem.

Zupełnie innym doświadczeniem było ponowne spotkanie z Ryszardem Gwalbertem Miśkiem. W studio PR w Warszawie nagraliśmy bardzo ciekawą muzykę z udziałem Andrzeja Przybielskiego, Czesława Dworzańskiego i Wojciecha Czajkowskiego.
Z Andrzejem Przybielskim miałem przyjemność nagrać dwa lata później mój utwór instrumentalny. To geniusz trąbki! Niesamowicie zdolny i wrażliwy!

Założyliśmy świetny zespół funkowy "Super Blue" z Piotrem Baronem - sax., Zbyszkiem Lewandowskim - dr., Wojtkiem Jaworskim - p. i Mirkiem Mazurem - git. (potem gitarzystą Krzysztofa Krawczyka). Graliśmy znakomite koncerty na terenie całej Polski.

Przy każdej sposobności grałem na jam sessions. Podczas festiwalu "Jazz nad Odrą" na nocnym jam session przez wiele godzin grałem standardy jazzowe (a znam ich dużą ilość :)) jedynie z perkusistą. Najpierw grałem melodię, potem walking a następnie karkołomne improwizacje :). Pełnia szczęścia!
Wszystko wywróciło się do góry nogami gdy pewnego dnia zapukał do moich drzwi Zdzisiek Janiak i w imieniu swoich kolegów zaproponował mi granie w "Budce Suflera"
Zespół "Budka Suflera" właśnie zakończył współpracę z Izabelą Trojanowską i rozstał się
z Jankiem Borysewiczem
oraz Andrzejem Ziółkowskim. Dowiedziałem się o tym
po przyjeździe do Lublina, gdy Tomek Zeliszewski wręczył mi kasetę magnetofonową
z utworami które miałem przygotować, aby móc zagrać je na koncertach. W pokoju hotelowym napisałem nuty do tych piosenek
i na drugi dzień na próbie

zagrałem je wszystkie. Ćwiczyliśmy we trójkę: Janiak, Zeliszewski i ja. Trzy dni przed rozpoczęciem pierwszej trasy koncertowej pojawił się Romuald Lipko. Romuald Czystaw przyjechał do Lublina bezpośrednio przed wyjazdem do Katowic. Panowała beztroska atmosfera. Luki autokaru wożącego nas na koncerty wypełnione były po brzegi płytami zespołu. Działalność handlowa podczas koncertów podobno nie przynosiła zespołowi żadnych korzyści :). Nie miałem doświadczenia w tego typu sytuacjach...

Bez komplikacji zagraliśmy nasz pierwszy wspólny koncert w składzie: Lipko, Janiak, Zeliszewski, Czystaw i ja. Po paru dniach koncertowych zdecydowałem się na zorganizowanie bankietu z okazji rozpoczęcia nowego etapu w mojej karierze :).

W ciągu miesiąca zagraliśmy 90 koncertów na Śląsku i po kilkunastu dniach przerwy rozpoczęliśmy cykl koncertów w Poznaniu, gdzie przed nami występował świeżo powstały zespół "Lombard". Następnie zagraliśmy kilkanaście koncertów w Częstochowie (gdzie prawie się ożeniłem :)) i w kolejnych miastach Polski. Podczas wykonywania piosenki "Za ostatni grosz" publiczność rzucała w nas pieniędzmi. Taki stan trwał kilka miesięcy, aż w grudniu 1981 rozpoczęliśmy trasę koncertową w Trójmieście.
W trakcie koncertów okazało się, że piosenka "Za ostatni grosz" zdobyła tytuł Najlepszej Piosenki Roku i zespół na życzenie telewizji musi nakręcić do niej teledysk. Zagraliśmy koncert w Gdańsku i w nocy pojechaliśmy do Lublina. Po zakończeniu zdjęć wróciliśmy na Wybrzeże (ja z przygodami - spóźniłem się na koncert do Malborka). Kilka dni później, w nocy z 12 na 13 grudnia
do hotelu "Grand" w Sopocie, w którym mieszkał zespół a także członkowie Krajowej Komisji "Solidarności", wkroczyło ZOMO. Trasa koncertowa skończyła się przedwcześnie.

Na początku 1982r. zespół wyjechał na Dni Kultury Polskiej w Holandii. Graliśmy wspólne koncerty z "Kombi", "Maanamem"
i zespołem Zbyszka Namysłowskiego. To był mój pierwszy wyjazd zagraniczny na Zachód. Byłem pod dużym wrażeniem!

Po powrocie do Polski nagraliśmy w studiu Radia Poznań dwie pierwsze piosenki dla Urszuli. Była to "Fatamorgana" i "Bogowie
i demony". Na gitarze nagrał je Janek Borysewicz. Po nagraniach Janek zaproponował mi stworzenie wraz z Wojtkiem Morawskim nowego zespołu. Zagraliśmy próbnie kilka jego nowych piosenek i doszliśmy z Wojtkiem do wniosku, że to nie ma sensu. Za kilka miesięcy cała Polska usłyszała o "Lady Pank" :). Z Jankiem Borysewiczem i Zbyszkiem Lewandowskim dwa miesiące później nagraliśmy jeszcze piosenki dla Majki Jeżowskiej.

W przerwie między koncertami "Budka" nakręciła program TV w Warszawie, gdzie Aleksandra Laska-Wołek ucharakteryzowała nas bardzo nowocześnie i odważnie.

Podczas lata 1982 na zamku w Lublinie wystawiano spektakl Teatru Wizji i Ruchu pt. "Burza" wg Szekspira. Zespół brał udział
w tym wydarzeniu ilustrując je swoją muzyką instrumentalną. W tym samym czasie we Wrocławiu poznałem swoją przyszłą żonę.

W drugiej połowie 1982r. w studiu "Tonpressu" w Warszawie nagraliśmy materiał na pierwszą płytę Urszuli. W czasie tej sesji nagraniowej pierwszy raz w życiu nagrałem partię na syntezatorze Mooga i poznałem nowego gitarzystę zespołu, Andrzeja Sidło. Następnie w studiu Radia Poznań nagraliśmy trzy nieśmiertelne piosenki dla Felicjana Andrzejczaka. W tych piosenkach na gitarach zagrałem wszystko oprócz partii solowych. 27.11.1982r. Romuald Lipko jako świadek na moim ślubie, wiózł mnie swoim autem do Urzędu Stanu Cywilnego puszczając z kasety "Jolkę", którą za chwilę miała usłyszeć cała Polska. Dwa dni po ślubie byliśmy już w Poznaniu, gdzie telewizja zrobiła program muzyczny z zespołem ubranym w czarne skórzane kurtki. Po pierwszym dniu zdjęciowym urządziłem w hotelu "Polonez" drugie wesele :).

Cały 1983r. był szaleństwem grania "Jolki" i "Dmuchawców". Zjeździliśmy Polskę wzdłuż i wszerz! Kiedyś po dwóch koncertach
w hali sportowej w Białymstoku zauważyłem plakat mówiący o koncercie grupy "Perfect", odbywającym się tego samego dnia
w jakimś klubie. Wsiadłem w taksówkę i pojechałem. Grali znakomicie! Precyzyjnie i rockowo! Byłem oczarowany. Po koncercie poszedłem do garderoby aby im pogratulować. Wchodząc usłyszałem, że Hołdys wytyka kolegom popełnione w trakcie koncertu błędy muzyczne. Okazało się, że to nie był dobry koncert :).

W tzw. "wolnej chwili" rozpocząłem ponownie granie ze znakomitym perkusistą Zbyszkiem Lewandowskim. Graliśmy w różnych formacjach. Ciekawie wyglądała praca nad jego płytą z Andrzejem Przybielskim, Piotrem Baronem i braćmi Ścierańskimi (graliśmy na dwa basy) (> zobacz <). Pierwszy raz w życiu zagrałem na Jazz Jamboree. Występowałem także ze Staszkiem Zybowskim w rockowym kwartecie instrumentalnym. Gdy tylko miałem wolny czas zatrudniałem się również jako sideman
i nagrywałem olbrzymią ilość muzyki.

Pod koniec roku rozpoczęliśmy z "Budką" nagrywanie piosenek na płytę Felicjana Andrzejczaka. Płyta nigdy się nie ukazała a część piosenek w zmienionych aranżacjach ukazała się na późniejszej płycie zespołu.

Rok 1984 wiązał się z jubileuszem dziesięciolecia grupy. Postanowiono na tę okoliczność ponownie nagrać "prehistoryczne" piosenki grupy. Do studia "Polskich Nagrań" na ulicy Długiej w Warszawie zaproszono Cugowskiego. Znów nagrałem wszystkie partie gitar oprócz partii solowych. Powoli zaczęła mnie nudzić sytuacja ciągłego grania tych samych piosenek i zacząłem myśleć
o rezygnacji z pracy w tym zespole. Podczas przerw w koncertach przyjeżdżałem do Wrocławia i rzucałem się w wir jazzu i funky.
W końcu napisałem pismo do Agencji Koncertowej PSJ, że rezygnuję z pracy w "Budce Suflera".

Grałem koncerty w składzie Lewandowski, Baron, Kaczmarek i ja. Na jeden z naszych koncertów przyjechał z Poznania Aleksander Maliszewski, który był w trakcie zmiany składu swojej orkiestry rozrywkowej (dosłownie i w przenośni :)). Po koncercie zaproponował, aby nasz zespół stał się trzonem jego nowej orkiestry "Alex Band". Wówczas nie widzieliśmy w tym problemu
i propozycję przyjęliśmy. Zagraliśmy z "Alex Bandem" jako orkiestra festiwalowa podczas festiwalu w Opolu, a następnie nagraliśmy płytę "Gain" i prosto ze studia pojechaliśmy do Hiszpanii na festiwal w San Sebastian, gdzie dostaliśmy kilka nagród i zagraliśmy przed legendarną formacją "Weather Report". Ten koncert będę pamiętał do końca życia, zwłaszcza, że wcześniej byłem na plaży i po dwóch godzinach słońce usmażyło mnie na czerwono (> zobacz <). Po naszym występie posypały się hiszpańskie propozycje koncertowe, ale my po zagraniu kilku koncertów musieliśmy wracać do Polski, ponieważ jako członkowie orkiestry "Alex Band" występowaliśmy na festiwalu w Sopocie.

Oprócz festiwali graliśmy na największych galach koncertowych i nagrywaliśmy piosenki dla różnych wykonawców. W ten sposób zagrałem z większością polskich piosenkarzy. Ostatnio w TV przypadkowo trafiłem na "prehistoryczny" program w którym orkiestra akompaniuje Zdzisławie Sośnickiej. Miałem już wówczas bardzo charakterystyczną dwugryfową gitarę basową. To był znakomity instrument. Wiele lat później podarowałem go koledze z Niemiec.

W 1985r. po kolejnym festiwalu w Opolu i Sopocie orkiestra "Alex Band" wyjechała na roczny kontrakt do niemieckiego cyrku "Williams Althoff Circus". Nie był to dla mnie zbyt szczęśliwy okres w życiu. Jednym z niewielu pozytywnych skutków tego wyjazdu było nabycie instrumentów, które pozwoliły mi w późniejszym okresie na instrumentalne występy solowe. W czasie wolnym od cyrkowej muzyki przygotowałem w Niemczech program instrumentalny z którym występowałem później w Polsce. Była jeszcze druga zaleta tego kontraktu. Mimo że nie uczęszczałem do szkoły muzycznej to z konieczności grałem z nut na światowym poziomie :) Ta umiejętność została mi do dzisiaj.

Podczas pobytu w Niemczech otrzymałem list od Zbyszka Hołdysa. Pisał, że zagrał już z większością muzyków w Polsce i chciałby jeszcze spróbować ze mną, ponieważ pamięta mnie z jakiegoś koncertu który grałem w Warszawie, i na którym on był pod wrażeniem mojego ekspansywnego podejścia do muzyki. Odpisałem mu, że po powrocie do Polski chętnie z nim zagram
i postaram się, aby wszystko co wspólnie zrobimy miało światowy wymiar.

Niemiecki kontrakt wreszcie się skończył i po trzech dniach walki z "czarem czterech kółek" wróciłem do Polski. Wcześniej powiedziałem Alkowi Maliszewskiemu, że chcę zakończyć współpracę z "Alex Bandem". Alek poprosił mnie jeszcze abym zagrał
na festiwalu w Sopocie. Przyjechałem więc na festiwal, ale tak wciągnęło mnie rozrywkowe życie Gdyni, że ostatecznie na festiwalu nie zagrałem.

Po tym wydarzeniu przestałem prowadzić "hulaszczy tryb życia" i rozpocząłem granie koncertów solowych z moją muzyką instrumentalną. Posiadałem sprzęt muzyczny który robił duże wrażenie. Na pierwszych koncertach grałem na siedząco, bo akompaniowałem sobie lewą nogą na syntezatorze basowym specjalnej konstrukcji i nie nauczyłem się jeszcze wykonywać różnych funkcji wszystkimi kończynami niezależnie i jednocześnie. W końcu doszedłem do etapu w którym mogłem stać na jednej nodze i grać drugą akompaniament do tego, co zagrałem rękami na gitarze lub gitarze basowej :). Potem Japończycy i Amerykanie wymyślili nowe urządzenia i przestałem być ekwilibrystą :).

Organizator moich koncertów solowych Michał Frejtak stwierdził, że dużo łatwiej mógłby te koncerty organizować gdybym podczas występu zaśpiewał kilka piosenek. 27 kwietnia1986r. (dzień po katastrofie w elektrowni atomowej w Czernobylu) pojawiłem się
w mieszkaniu Bogdana Olewicza, kultowego autora tekstów do największych hitów "Perfectu". Przywiozłem mu swoje piosenki. Olewicz do moich normalnych piosenek napisał tak nietypowe teksty, że nie mogłem ich nagrać w normalny sposób. Nagrywałem partie butelek szklanych, blachy stalowej, żelazka do prasowania itp. "instrumentów". Teledyski również nie mogły być normalne. Tak został stworzony "Mechanik". Nie były to czasy komputerów, więc wszystkie sceny do teledysków kręciliśmy naprawdę. Wisiałem na parapecie za oknem na szesnastym piętrze wieżowca, cyrkowiec rzucał do mnie nożami, wysadziliśmy w powietrze budynek (był przeznaczony do rozbiórki :)). Profesjonalny kaskader wziął udział tylko w scenie skoku z dużej wysokości. Chciałem to zrobić sam, ale nie pozwolono mi :). Reżyserem teledysków i jednocześnie kamerzystą był Wojtek Rawecki, który miał prawdziwą fantazję i szalone pomysły. Żyłem jak w amoku. Nagrałem płytę "Duży Mechanik" (słuchałem jej niedawno
i przestraszyłem się swojego szaleństwa :)). Oczekiwano ode mnie coraz efektowniejszych wyczynów. Podczas jednego
z programów TV miałem na sobie wyposażenie skoczka spadochronowego i w trakcie wywiadu powiedziałem wcześniej uzgodniony tekst "...no to lecę". Ekipa techniczna pociągnęła linę do której byłem doczepiony i poleciałem pod sufit :).

Pod koniec września 1986r. załadowałem do auta swój sprzęt i pojechałem do Hołdysa. Zagrał mi swoje nowe piosenki
i powiedział słowa, które do dzisiaj powtarzam podczas prowadzenia warsztatów dla basistów: "...wymyśl taką linię basową, żeby po zagraniu przez ciebie kilku taktów nikt nie miał wątpliwości o którą piosenkę chodzi...". Przez dwa dni wydawało mi się, że to zadanie mnie przerasta. Trzeciego dnia rano miałem ochotę załadować instrumenty do auta i wyjechać do Wrocławia, kiedy nagle przyszło olśnienie! Eureka! Zagrałem i Zbyszek podskoczył do góry z wrażenia. Następnie dość długo robiliśmy przesłuchania dla perkusistów. W końcu pojechaliśmy do Piotrka Szkudelskiego i udało się nam go przekonać. W międzyczasie pojawił się Staszek Zybowski i w tym składzie nagraliśmy w Szczecinie kilka piosenek.

Po nagraniach wróciłem do Wrocławia. W moim domu czekała wiadomość: dzwonił Romuald Lipko.
W tym czasie zespół "Budka Suflera" był po nagraniu dwóch płyt które nie zachwyciły szerokiej rzeszy publiczności. Odszedł basista Piotr Płecha, a zespół próbował nagrać trzecią płytę Urszuli. Na zaproszenie Romualda Lipko przyjechałem do Lublina i zagrałem na tej płycie. Po rejestracji wszystkich partii gitary basowej wziąłem do ręki gitarę i nagrałem większość partii gitarowych. Gdy zakończyłem nagrania padła propozycja abym zagrał z zespołem kilka koncertów.

Zagrałem je i w końcu zadano mi pytanie: czy mógłbym ponownie grać w tym zespole. Było miło, więc odpowiedziałem twierdząco. Romuald Lipko stwierdził więc, że skoro podjąłem taką decyzję, to nie będzie podpisywał ze mną żadnych umów, ale chce abym dał mu "przyjacielskie słowo honoru", że przynajmniej jeden rok będę grał w tym zespole. Dałem mu słowo honoru i z zegarkiem
w ręce grałem jeszcze dokładnie rok czasu. Zespół chciał mieć dwóch gitarzystów. Zaproponowałem Staszka Zybowskiego, który po przyjeździe do Lublina oszalał na punkcie Urszuli. Zagraliśmy jeszcze kilka koncertów i z zespołu odszedł Krzysiek Mandziara.
Graliśmy w składzie Urszula, Andrzejczak, Cugowski, Lipko, Zeliszewski, Zybowski i ja.

Koncerty "Budki" w latach 1981-1984 wyglądały tak, że w trakcie występu zespół schodził ze sceny. Zostawałem tylko ja, i grałem wariackie rockowe solo na gitarze basowej. W latach 1986-1987 też grałem solo, ale tym razem było ono dużo spokojniejsze
i z użyciem moich grających maszyn.

Gdy nie występowałem z "Budką" to grałem koncerty w klubach jazzowych ze Staszkiem Zybowskim lub grałem solo z moimi maszynami. Na festiwalu basistów w Warszawie zagrałem na wspólnym koncercie z moim idolem, Józefem Skrzekiem. Okazjonalnie nagrywałem płyty różnych wykonawców.

Pełne szaleństwo przeżyłem podczas festiwalu Opole 1987, ponieważ grałem w orkiestrze festiwalowej, po czym codziennie wsiadałem w auto i pędziłem do Wrocławia, gdzie w klubie "Rura" grałem ze Zbyszkiem Hołdysem. Jedynie ostatni dzień festiwalu był spokojniejszy, gdyż tego dnia grałem z Hołdysem właśnie na festiwalu w Opolu :). To był bardzo dobry koncert!

W Krakowie z "Budką" bez wokalisty nagraliśmy dla Zdzisławy Sośnickiej dwie piosenki na jej płytę, w tym tytułowy przebój "Aleja gwiazd". Potem nastąpił pamiętny wyjazd "Budki" do Bułgarii, gdzie po ostatnim koncercie zapomniałem, że "hulaszczy tryb życia" to przeszłość. O naszym powrocie do Polski piloci samolotu podobno opowiadali legendy. Minął rok grania z "Budką".
Poza graniem koncertów nic interesującego się nie wydarzyło. Atmosfera nie była tak beztroska jak za czasów Czystawa. Zdecydowałem, że nie ma sensu udawanie, że jest interesująco i ciekawie. Ponownie przestałem grać w "Budce".

W 1987r. Hołdys na nowo zakładał "Perfect". Chciał go stworzyć w nowym składzie. Gdy kończyłem grać z "Budką" spytał, czy chciałbym z nim zagrać w nowym "Perfekcie". Miałem inne plany i "Perfect" zagrał w starym składzie.

Grałem koncerty i jednocześnie przygotowywałem nowy program muzyczny, ponieważ Jurek Kaczmarek z którym wcześniej grałem jazz, zaproponował mi wyjazd zagraniczny typu "wczasy z muzyką". Kiedy opowiadał mi o realiach tego kontraktu, to nie mogłem uwierzyć, że takie rzeczy są możliwe, zwłaszcza, że świeżo w pamięci miałem cyrk niemiecki i "Alex Band". Jurek też grał w tym cyrku i twierdził, że kontrakt norweski jest zupełnie inny. Miał rację.

Wyjechaliśmy z Polski pod koniec marca 1988r. Moja praca polegała na tym, że przez dwa miesiące na norweskim promie pasażerskim pływającym między Kiel a Oslo, codziennie w godz. 16.00 - 17.00 grałem standardy jazzowe (bardzo lubię je grać, więc byłem zachwycony). Potem do 19.00 był czas wolny, a od 19.00 w cyklach 45 min. grania i 15 min. przerwy, graliśmy znów standardy jazzowe a potem światowe przeboje i ludową muzykę norweską. Graliśmy piosenki Briana Adamsa, Tiny Turner, Dire Straits, Micka Jaggera, Jenifer Rush itp. Grałem z bardzo dobrymi muzykami więc przyjemnie spędzałem te "wakacje z gitarą".
W sklepie muzycznym "In Sound" w Kiel wydałem lwią część zarobionych pieniędzy. Przy użyciu zakupionych instrumentów przygotowałem nowy program instrumentalny. Po przyjeździe do Polski wykupiłem mieszkanie na własność, nagrałem nowe utwory instrumentalne i zagrałem szereg koncertów z nowym programem, a w perspektywie miałem kolejny dwumiesięczny wyjazd za niecałe pół roku. Następnym razem wyjechałem pod koniec września. W czasie wolnym od pracy przygotowałem piosenki na drugą płytę "Mechanika". Mój serdeczny przyjaciel Wiesio Cieśla pomógł mi nie wydać wszystkich zarobionych pieniędzy na instrumenty muzyczne, lecz kazał kupić auto. Wróciłem do Polski i ponownie zamknąłem się w studiu Radia Wrocław aby nagrać płytę pod nazwą "Szuja".

Ostatni raz pojechałem na kontrakt norweski na początku 1989r. Podczas trwania kontraktu kupiłem kolejne instrumenty
i zaprogramowałem je, aby mieć możliwość zagrania koncertu z moimi piosenkami. Skomponowałem również piosenki na trzecią płytę "Mechanika". Po powrocie do Polski zauważyłem, że z coraz mniejszym entuzjazmem zabieram się za kolejne zajęcia
a stabilizacja życiowa związana z kolejnymi wyjazdami zaczyna mnie rozleniwiać. Postanowiłem więc zrezygnować z tej pracy.

Zawiozłem nowe piosenki do Bogdana Olewicza. Prosiłem go aby na tę płytę napisał trochę normalniejsze teksty. Przyjechałem kolejny raz i zobaczyłem tytuł pierwszej piosenki: "Pan Wańka Wstańka Jan". Pożegnałem się i następnym razem spotkaliśmy się po pięciu latach :).

Trzech wrocławskich muzyków postanowiło uruchomić prywatne studio nagrań. Kupili podstawowy sprzęt, ale nie mogli sobie poradzić z problemami technicznymi i zwrócili się do mnie z prośbą o pomoc. Podłączyłem do stołu mikserskiego swoje urządzenia pogłosowe i nieudolnie zaczęliśmy próbne nagrania. Gdy wyjeżdżałem na koncerty studio przestawało funkcjonować, ponieważ zabierałem swój sprzęt. Później koledzy kolejno wycofywali się z działalności studyjnej i w końcu odkupiłem od nich wszystko co było przydatne do realizacji nagrań.

Zatelefonował Zbyszek Hołdys i powiedział, że muszę pojechać z nim na koncerty do Ameryki. W składzie Piotrek Szkudelski, Jacek Krzaklewski, Zbyszek Hołdys i ja, spotkaliśmy się na próbach w Warszawie. Piosenki były ogólnie znane , więc pracowaliśmy nad szczegółami. Ponieważ z każdym z tych muzyków grałem już wcześniej, więc nie było trudności w porywającym wykonaniu każdej z piosenek. Zaprogramowaliśmy mój syntezator, aby mógł zagrać barwą pianina "Niewiele ci mogę dać", ponieważ nikt z nas nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności za zagranie tego akompaniamentu :). Pewnego dnia zorganizowaliśmy konkurs na najbardziej idiotyczną minę i potem każdy z nas sfotografował swoją minę w ekspresowym automacie fotograficznym. W ten sposób przygotowaliśmy zdjęcia na nasz plakat :) (> zobacz <). Na czas prób teściowa Hołdysa udostępniła nam swoje mieszkanie.

Ze względu na problemy z wizami, do USA przylecieliśmy spóźnieni o trzy tygodnie. Termin pierwszego koncertu w New Jersey przesuwano już dwukrotnie. Prosto z lotniska pojechaliśmy do klubów polonijnych, aby pokazać ludziom że jesteśmy, i że pierwszy koncert w końcu się odbędzie. Zagraliśmy w sali widowiskowej jakiejś uczelni. Kiepska akustyka i równie kiepska aparatura nagłaśniająca. Potem zaczął się prawdziwy kontrakt. Blisko trzy miesiące graliśmy po trzy razy w tygodniu w klubie "Scorpio's"
w Elizabeth. Na początku było dość sympatycznie, ale potem zaczęły się problemy mieszkalne i próby niezapłacenia nam za naszą pracę. Zbyszek dyplomatycznie załatwiał te sprawy, ale przestało być przyjemnie. Na szczęście obok domu w którym mieszkaliśmy był przystanek autobusowy. Wsiadaliśmy w autobus i za 30 minut byliśmy na Manhattanie, gdzie była prawdziwa Ameryka. Potem kupiliśmy "Cadillac'a" (pamiętam, że Portorykanin który go nam sprzedawał, zachwalał go słowami : "...la pompa bomba..." :))
i jeździliśmy nim na Manhattan. Dzięki Zbyszkowi poznałem wiele miejsc do których z własnej inicjatywy pewnie nigdy bym nie poszedł. Byłem na wielu koncertach. Pamiętam koncert w "Bottom Line", gdzie występował syn słynnego Johna Bohnama z "Led Zeppelin", Jason Bohnam. Pamiętam też, że stałem przed tym klubem kilka godzin na mrozie, aby dostać się na koncert dwóch legend z grupy "Cream", czyli Jacka Bruce'a i Gingera Bakera. W końcu trafiłem do CBGB's. Klub ten przypominał mi trochę wrocławską "Rurę", ale to co się działo w środku było nieprawdopodobne. Starałem się tam być w każdy możliwy wieczór. Codziennie grało tam kilka zespołów i zawsze byłem podekscytowany czyimś występem. Wówczas padł pomysł aby nasz zespół również tam zagrał. Nie było to proste, ponieważ w tym kultowym miejscu chcą zagrać wszyscy. Dostaliśmy termin na początku stycznia 1990 r. Zbyszek miał jakieś angielskie teksty do piosenek "Perfectu", napisane przez Bogdana Olewicza i Lonstara. Stephanie Howard, która pracowała wówczas w firmie fonograficznej EPIC, pomogła Zbyszkowi przystosować te teksty do warunków amerykańskich.

Zagraliśmy w CBGB's bardzo dobry koncert. Po koncercie podeszła do nas Hope Carr i poprosiła o kontakt. Okazało się, że jest właścicielką agencji muzycznej i chce się zająć zespołem. Kilka nowojorskich magazynów zauważyło nasz występ ( < 1 > , < 2 > ). Rozpoczęły się też nawet dość mocno zaawansowane rozmowy z wytwórnią filmową z Hollywood, która okazała zainteresowanie historią Hołdysa i zespołu "Perfect". Rozpoczęliśmy planowanie zajęć amerykańskich. Hope Carr zaproponowała abyśmy skończyli kontrakt polonijny, wrócili na chwilę do Polski aby pozałatwiać bieżące sprawy, a ona w tym czasie przygotuje sesję nagraniową i koncerty. Kilka dni później polonijny organizator zawiózł nas na koncert do jakiejś sali parafialnej w Chicago, gdzie nasz występ opóźniliśmy do momentu w którym organizator wypłacił nam zaległe honoraria. Wróciliśmy do Nowego Jorku, zagraliśmy jeszcze kilka razy, zostawiliśmy instrumenty muzyczne i polecieliśmy do Polski.

Oczekiwanie na wizy amerykańskie przedłużało się, więc na pożyczonych instrumentach nagrywałem reklamówki radiowe,
a potem rozpocząłem nagrywanie trzeciej płyty "Mechanika". Zbyszek Hołdys bardzo mi pomógł w pracy nad tą płytą. Pozmieniał część tekstów Bogdana Olewicza a część napisał od początku. Nie byłem jednak zadowolony z efektów swojej pracy i przerwałem nagrania.

W końcu dostaliśmy wizy i pojechaliśmy do USA ponownie. Kupiliśmy kolejne auto (tym razem był to "Lincoln" czarnego koloru, więc natychmiast dostał przezwisko "Zorro" :)). Hope Carr zorganizowała pierwszy koncert gdzieś w Connecticut, potem zagraliśmy w San Francisco i Los Angeles a następnie wróciliśmy do Nowego Jorku aby przygotować się do nagrań. Odbyliśmy kilka prób
z producentem Bobem Musso. Kilka jego pomysłów bardzo mi się nie spodobało (zwłaszcza sposób nagrania "Niewiele ci mogę dać"), natomiast nikt nigdy wcześniej nie nagrał mojej gitary basowej w taki sposób. Studio "Platinum Island" było dla mnie zjawiskiem z Marsa. Większość znajdujących się tam urządzeń widziałem wcześniej tylko w prospektach reklamowych. Sposób nagrania, obsługa studia i podejście do dźwięku wzbudziły mój podziw. Po nagraniach przygotowywaliśmy nowe piosenki
i graliśmy na Manhattanie np. w "Woody's" (klub Ronniego Wooda ze "Stonesów") oraz duży koncert w "Limelight", po czym Hope Carr zaproponowała abyśmy znów polecieli do Polski. Wszystko zaczęło tracić sens. Pojechaliśmy do Chicago i tam zagraliśmy kilka koncertów. Zaczął nam znikać sens dalszego pobytu w USA. Byliśmy tam znów przez kolejne pół roku. W końcu podjęliśmy decyzję. Jacek, Piotrek i ja postanowiliśmy zakończyć pobyt w Ameryce. Poinformowaliśmy o tym Zbyszka, po czym w klubie "Cardinal" zagraliśmy jeden z naszych najlepszych koncertów. Na drugi dzień wysłaliśmy nasze instrumenty do Polski, po czym pojechaliśmy do Nowego Jorku i stamtąd na dzień przed świętami Bożego Narodzenia wylecieliśmy z Jackiem Krzaklewskim do Warszawy.

Rok 1991 rozpocząłem od nagrań. Nagrałem płytę "Incarnation" Johna Portera z jego świetnymi piosenkami, solową płytę Jana Kaczmarka "Nasza Europa", "Zostaniemy na tej ziemi..." Tercetu Egzotycznego (dodatkowo aranżowałem i wykonywałem wszystkie partie instrumentalne, więc skończyłem nagrania w 1992r.), kasetę video z zapisem koncertu Soyka-Janina , wiele reklamówek radiowych i nagrań z festiwali i koncertów. Rozpocząłem także rejestrację swoich piosenek przeznaczonych na kasetę o uroczym tytule "Denaturat" :). Zmiksowałem w Wiedniu płytę "Freak Weber & Friends" (wówczas jeszcze nie byłem muzykiem tej formacji). Ponadto grałem koncerty z muzyką instrumentalną i piosenkami "Mechanika". Z zespołem "Test" w składzie: Gąssowski, Kozakiewicz, Krzaklewski, Morawski i ja wystąpiłem 5.07.1991 w Sopocie na festiwalu "Trzy dekady rocka".

Pewnego dnia zatelefonował do mnie Alek Maliszewski i poprosił, abym awaryjnie zagrał w jego orkiestrze "Alex Band".
Z rumieńcem wstydu przypomniałem sobie festiwal w Sopocie 1986 i zgodziłem się zagrać. Potem starałem się tak układać kalendarz koncertów i nagrań aby móc grać w orkiestrze Alka.

Na początku 1992 "Alex Band" zagrał w Monte Carlo na Międzynarodowym Festiwalu Cyrkowym. Widziałem tam najbardziej nieprawdopodobne numery cyrkowe świata a także wielokrotnie byłem w kasynach :). Rozpocząłem także pracę w zespole "Freak Weber & Friends". Najczęściej graliśmy w Austrii. W Polsce jeden koncert tego zespołu jednocześnie nagrywałem i brałem w nim udział jako muzyk :). W swoim studiu nagrałem m.in. płytę "Pornografia" zespołu "Defekt Muzgó", skończyłem płytę "Tercetu Egzotycznego" a także ukończyłem nagrania na moją kasetę "Denaturat". Z piosenką "Mamy małą sprawę" wystąpiłem na festiwalu Opole 1992 i zdobyłem drugie miejsce w konkursie "Premiery". Jako jedyny wykonawca nie miałem półplaybacku. Grałem i śpiewałem na żywo. Po koncercie otrzymałem propozycję występu podczas festiwalu w Sopocie. Otrzymałem również informację: Romuald Lipko prosi o kontakt.
Zagrałem kilka kolejnych koncertów, wystąpiłem w Sopocie na koncercie rockowym towarzyszącym Festiwalowi Piosenki i po przezwyciężeniu trudności motoryzacyjnych ponownie dotarłem do Lublina, gdzie w studio od jakiegoś czasu trwały bezskuteczne próby nagrania jednej piosenki o tytule "Młode lwy". Zastałem kompletną niemoc aranżacyjną i bezradnego Arkadiusza Smyka próbującego zagrać cokolwiek na gitarze. Tak rozpocząłem pracę nad płytą

"Cisza". W dzień nagrywałem gitary i basy a wieczorem wraz z Tomkiem Zeliszewskim programowałem bębny. Zaaranżowałem
i nagrałem w ten sposób kilka piosenek, po czym czteroosobowy skład pojechał do USA. Po ich powrocie spotkaliśmy się jeszcze raz aby dokończyć nagrania. Zostałem poproszony o zagranie kilku koncertów w składzie ze Smykiem, po czym Smyka wyrzucono
z zespołu i poproszono mnie, abym kilka kolejnych koncertów zagrał na gitarze.

Na początku 1993r. przesłuchaliśmy nagrany materiał muzyczny i ustaliliśmy, że mój udział w nagraniach został zakończony. Tydzień później otrzymałem wiadomość, że Romuald Lipko chciałby, abym w trzech piosenkach dograł jeszcze po jednej partii gitarowej. Odpowiedziałem, że nie przyjadę do Lublina ponieważ właśnie wyjeżdżam z "Alex Band'em" do Monaco. Wówczas obok studia przypadkowo przechodził gitarzysta "Bajmu" Marek Raduli. Poproszono go o dogranie tych trzech partii gitarowych :).

Wróciłem z Monaco i ponownie zaproponowano mi granie w "Budce Suflera". Powiedziałem, że potrzebuję czasu do namysłu i do chwili podjęcia decyzji mogę grać z nimi koncerty na gitarze. Miałem o czym myśleć, bo sytuacja nie była zbyt różowa. Zespół grał
w klubach na 100 osób, na festynach ludowych, część koncertów odwoływano z różnych przyczyn i dorabiano do tego tzw. "zabawne dykteryjki". Przykładowo w Rzeszowie zapomniano o aparaturze nagłaśniającej a organizator miał dla zespołu honorarium w postaci pół litra wódki. Następnym razem po przywiezieniu przeze mnie własnym autem z przyczepą sprzętu
i bębnów, rozładunku, instalacji i zagraniu koncertu dla niepełnej setki osób w klubie "Zaścianek" w Krakowie, jechałem cały następny dzień do miejscowości Krokowa za Gdynią, aby na dwóch przyczepach od traktora zagrać na festynie ludowym. Moje auto osobowe coraz gorzej znosiło rolę auta ciężarowego, ale transport sprzętu własnym autem trwał jeszcze przez kilka lat, ponieważ był on podobno tańszy od wynajmu auta dostawczego (w rzeczywistości tańszy jest dla tego, kto swojego auta nie używa do takich celów i nie ponosi potem kosztów napraw).

Kolejnym punktem wymagającym zastanowienia były względy artystyczne. Grałem w ciekawy i nietypowy sposób, ale w tym zespole takie umiejętności były niepotrzebne. Osobną kwestią był brak możliwości publikacji własnych kompozycji i prezentowania własnego stanowiska muzycznego.

Zastanowienia wymagała również kolejna sprawa. W tym czasie nie było jeszcze w Polsce ustawy dotyczącej muzycznych praw wykonawczych. Trzech członków zespołu żyło wówczas ze sprzedaży płyt "Greatest Hits" i "The best of Urszula". Płyty te zawierają utwory nagrane wcześniej z moim udziałem. Sprzedawano również poszczególne piosenki z przeznaczeniem na popularne wówczas składanki kasetowe. Bardzo długo nie byłem świadomy tego, że taki sposób zarabiania pieniędzy przez trzy osoby był możliwy, ponieważ wymyśliły one sobie, że są wyłącznymi właścicielami pracy wielu muzyków którzy nagrywali piosenki umieszczone na tychże płytach.

Płyta "Cisza" (a wcześniej "4 pieces to go") odniosła sukces. Po latach zapomnienia zespół ponownie znalazł się w czołówce polskich wykonawców. Pojechaliśmy na trasę koncertową do Kanady. W zasadzie czekałem jedynie na wypłatę honorarium za nagranie płyty "Cisza" i zakończenie współpracy. Aby mnie jednak zatrzymać zaproponowano mi udział procentowy w sprzedaży tejże płyty (tak jak zatrzymuje się np. kreatywnego pracownika firmy komputerowej :)). Udział ten był procentowo zdecydowanie mniejszy niż udziały, które trzej panowie przyznali sobie. Przy płycie wykonałem największą część pracy (aranżowałem
i nagrywaniem partie gitar, basów i keyboardów, programowałem bębny, wymyślałem i śpiewałem chórki), więc była to dla mnie oczywista niesprawiedliwość. Musiałem podjąć decyzję! Pomagano mi ją podjąć przekonując, że teraz będzie rockowa muzyka, dobry gitarzysta (ja grałem na gitarze, nie było gitary basowej :)), profesjonalne podejście itd. Patrzyłem na tę sytuację również pod kątem moich wcześniejszych rezygnacji z grania w zespole. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, że gdyby każdy z muzyków "Budki" postępował w ten sposób, to tego zespołu już dawno by nie było. W końcu doszedłem do wniosku, że mój trzeci dłuższy pobyt w Lublinie to pewnie przeznaczenie :) i zgodziłem się na kolejną współpracę. Z własnej inicjatywy dałem słowo honoru, że tym razem sam nie odejdę z zespołu, a także przeprosiłem za wcześniejsze odejścia z grupy (chociaż miałem do nich powody!). Później wielokrotnie miałem żałować tego gestu :)!

Stałą współpracę rozpoczął Marek Raduli, co nie zmieniło faktu, że kilka piosenek podczas koncertów nadal grałem na gitarze. Wszystko zaczęło wyglądać profesjonalnie, lecz tylko na scenie. Nadal jeździłem na koncerty swoim osobowym autem załadowanym po dach sprzętem muzycznym. Wszelkie decyzje dotyczące zespołu zapadały w gronie trzyosobowym. Graliśmy natomiast dobre koncerty i jeden z nich (w Operze Leśnej w Sopocie) nakręciła TV. Poza tym, że nie słychać tam basu :), to widać energię zespołu i chęć grania.

Pod koniec 1993r. zagraliśmy koncert we Wrocławiu, a następnego dnia odbyły się chrzciny mojego dziecka. Tomek Zeliszewski był ojcem chrzestnym małej Agnieszki a potem cały zespół grzecznie jadł rosół na przyjęciu z tej okazji :).

W 1994r. mieszkająca w Chicago Ania Adamczyk, która była producentką płyt zespołu, oraz Tomek Zeliszewski zaproponowali mi wydanie płyty z piosenkami "Mechanika". Płyta miała zawierać stare piosenki oraz utwory z kasety "Denaturat". Nie byłem zachwycony tym pomysłem i mówiłem, że ani ja ani nikt inny nie będzie zajmował się promocją tego historycznego już wydawnictwa, więc nie ma sensu wydawać płyty, o której nikt się nie dowie. Oni nalegali i w końcu płyta wyszła. Zdjęcie na okładce jest wymontowane ze zdjęcia grupowego w składzie: Panasewicz, Zeliszewski i ja. Był pomysł na nagranie płyty w tym składzie, zrobiono serię zdjęć i idea upadła, ponieważ Panasewicz ponownie zaczął śpiewać w "Lady Pank" :). Repertuar który wymyśliłem musiał poczekać na innego wykonawcę.

W 1994r. "Budka Suflera" obchodziła dwudziestolecie istnienia. Z tej okazji zorganizowano trasę koncertową. W Lublinie przed koncertem grała orkiestra policyjna :). Graliśmy z wykonawcami dla których kiedyś nagrywałem (Urszula, Andrzejczak). Janek Borysewicz przywiózł Panasewicza i graliśmy "Nie wierz nigdy kobiecie" oraz "Za ostatni grosz". W Operze Leśnej w Sopocie nagraliśmy cały koncert i po poprawkach studyjnych z części materiału powstała płyta "Live from Sopot'94".

Na początku 1995r. otrzymałem informację, że po nagraniu kolejnej płyty zostanie mi przyznany większy udział procentowy
w rozliczeniach sprzedaży kolejnych tytułów wydawniczych i że zostanę wspólnikiem Budka Suflera Production. Doszedłem do wniosku, że taka sytuacja zapewnia mi w przyszłości bezpieczeństwo finansowe a ciągłe podróże pomiędzy Wrocławiem
a Lublinem tracą sens. Podjąłem decyzję o pożyczeniu pieniędzy na kupno domu i przeprowadzeniu się do Lublina, co nie było krokiem łatwym i oczywistym, zwłaszcza dla mojej rodziny. Teoretycznie chciałem ułatwić sobie życie a praktycznie odległość między Lublinem a Wrocławiem wcale się nie zmniejszyła :).

Na kilka miesięcy przed przeprowadzką przystąpiłem do pracy nad nową płytą "Budki". Rozpoczęła się huśtawka nastrojów. Kompozytor większości piosenek i wokalista nie pojawili się ani razu na próbach i całą aranżację przygotowały trzy osoby. Potem
w studiu okazało się, że tylko trzy osoby umieją to zagrać. Zaczęły się rozgrywki ambicjonalne. Kompozytor zaangażował reżysera dźwięku który nie spełniał podstawowych oczekiwań technicznych (ja ustawiałem mikrofony przy perkusji :)). Gdy usiłowałem uratować rockowy zamysł mojej piosenki, usłyszałem, że ta piosenka na pewno nie będzie promowana, nie powstanie do niej singiel ani teledysk. Podczas krótkiej wizyty w domu kompozytora z okazji jego urodzin w błyskawicznym tempie wyjaśniono mi, że w tym zespole nie mam prawa o niczym decydować. Gdyby nie fakt, że właśnie sprzedałem swoje 70m2 mieszkanie we Wrocławiu, to do Lublina pewnie bym się nie przeprowadził. Zacisnąłem zęby i ponownie zacząłem palić papierosy, chociaż rzuciłem je kilka miesięcy wcześniej :(.

W maju 1995r. byłem już mieszkańcem Lublina. Jednym z pierwszych gości w moim lubelskim domu była Urszula ze Staszkiem Zybowskim. Zaproponowali mi wspólne wystąpienie na drogę sądową przeciwko wydawcy płyt "Greatest Hits" i "The best of Urszula", ponieważ podobnie jak ja, ani Urszula ani Staszek nigdy nie wyrazili zgody na umieszczanie na w/w płytach piosenek zawierających wykonywane przez nich partie. Oczywiście z tego tytułu, podobnie jak ja, nie otrzymali również nigdy żadnego honorarium. Od roku obowiązywała już "Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych" i Ula ze Staszkiem proponowali, abym pomógł im ukrócić ten proceder. Różniliśmy się jedynie tym, że ja wówczas grałem z ludźmi, którzy podpisali umowy wydawnicze. Ponieważ nie wyobrażałem sobie, że jednego dnia będę spotykał się z zespołem na scenie a drugiego dnia w sądzie, więc nie zdecydowałem się wówczas na podjęcie takich kroków. Zwyciężyła chora lojalność wobec zespołu i Ula ze Staszkiem nie pozyskali we mnie sojusznika. Zaczęli nagrywać "Białą drogę".

Po nagraniu płyty "Noc" przestałem mówić w wywiadach, że jest to najlepsza płyta jaką w życiu nagrałem. Została ona zabita przez nieudolność i chorą ambicję. Z kolei kilka razy Romuald Lipko wzbudził mój podziw, interweniując z refleksem podczas prób poniżenia muzycznej wartości tej płyty.

01.07.1995r. stałem się wspólnikiem "Budka Suflera Production sc". Później okazało się, że zadecydowały o tym jedynie korzyści podatkowe :). Graliśmy duże ilości koncertów i nakręciliśmy w TV Kraków koncert zawierający utwory z płyty "Noc". W końcu opadły emocje i sytuacja w zespole unormowała się, ponieważ trzeba było z pokorą stwierdzić, że płyta "Noc" nie wzbudziła zachwytu
i należy z tego faktu wyciągnąć wnioski. W konsekwencji przez najbliższe 8 lat zespół nie nagrywał bębnów akustycznych (których podobno nie da się dobrze nagrać :), ja ponownie zacząłem nagrywać partie gitarowe, a także wrócił do łask wcześniejszy realizator dźwięku. Nadchodził czas wielkich zmian!

Pod koniec 1996r. zapadła decyzja, że Ania Adamczyk z Chicago nie będzie dłużej zajmować się produkcją płyt zespołu i zmieniają się realia wydawnicze. Firma "New Abra" (która do tej pory kupowała licencje na produkcję płyt "Budki") i zespół stali się współproducentami kolejnych płyt "Budki Suflera". Od tego momentu inwestowałem w każdą płytę już nie tylko moją pracę muzyka, lecz również pieniądze przeznaczone na produkcję i promocję każdej płyty.

Rozpoczęliśmy pracę nad płytą "Nic nie boli tak jak życie". Całymi dniami siedziałem w studiu "Hendrix" i nagrywałem partie gitarowe, basowe i klawiszowe, po czym przyjeżdżałem do domu z Tomkiem Zeliszewskim i programowaliśmy bębny w moim domowym studiu. Byłem na wpół przytomny ze zmęczenia i miałem ochotę rzucić to wszystko, ale przecież dałem słowo honoru,
że tego nie zrobię. W końcu prace zostały zakończone i płyta była gotowa.

Postawiono na piosenkę "Jeden raz". Postanowiono działać z rozmachem. Aby nakręcić teledysk polecieliśmy do Egiptu. Zupełnie niepotrzebnie, ponieważ takie same plenery, jakie wybrano pod Kairem, znajdują się również na terenie kopalni węgla
w Turoszowie (> zobacz <), a tam nie trzeba tak długo lecieć i tyle płacić :). Na potrzeby płyty przygotowano nawet nalepkę o treści ...zawiera przebój "Jeden raz"... , ale to nie był przebój. Utwór "Takie tango" nakręciliśmy w kopalni soli w Bochni a część kolorową dolepiono we Wrocławiu, ponieważ słynny reżyser miał tradycyjnie ponurą wizję videoclipu. Przy okazji kręcenia każdego teledysku reżyserowanego przez tę postać, na pytanie "jakie ciuchy mam wziąć na plan zdjęciowy" odpowiadał: "na czarno, Panowie, będziecie na czarno..." :).

Rozpoczęło się szaleństwo! Codziennie po kilkanaście razy można było usłyszeć "Takie tango" w każdym rodzaju mediów (chociaż "Radio Zet" puściło ją po raz pierwszy dwa lata po premierze - chyba mają coś z refleksem :)). Płyty zaczęły rozchodzić się
w kosmicznych ilościach. Teoretycznie było wspaniale, ale nie wszyscy mieli takie odczucia. Pewnego dnia wokalista i kompozytor zwołali zebranie zespołu na którym zarządzili zmianę reguł rozliczeniowych, przyznając sobie jeszcze większy niż dotychczas udział procentowy w rozliczeniach sprzedaży płyt, kosztem pozostałych muzyków zespołu. Tomek Zeliszewski próbował mnie przekonać, że nic się nie stało i że przecież w dalszym ciągu zarabiamy dużo pieniędzy. Podzieliłem się z nim informacją, że pomimo danego słowa honoru bardzo chciałbym już ten zespół opuścić.
Po wydaniu płyty "Nic nie boli tak jak życie" rozpoczął się okres dużej beztroski. Wręczano nam wszystkie możliwe nagrody muzyczne i nie związane z muzyką. Nie graliśmy wówczas zbyt wielu koncertów w Polsce. Lojalnie podtrzymywałem oficjalne zespołowe hasła o wolności, równości i braterstwie. Atmosfera była dość sympatyczna, nie licząc incydentu zagranicznego, gdy wyjaśniono mi dobitnie, kto w tym zespole jest u siebie a kto nie. W międzyczasie nagrałem z Markiem

Raduli jego solową płytę "Meksykański symbol szczęścia". Czasopismo "Gitara i Bas" przyznało mi tytuł "Najlepszego Basisty Rockowego w Polsce".

Zostało mi kilka piosenek które były moimi propozycjami na płytę "Nic nie boli tak jak życie". Na początku 1998r. do jednej z nich nagrałem prawie wszystkie ślady instrumentalne (łącznie z prawdziwym akordeonem, natomiast tym razem nie ja grałem na saksofonie :)) i zaśpiewał ją Dariusz Kordek. Utwór "Tylko chwile" znalazł się na jego płycie "I tylko cień". Wyprodukowano do niej także singiel z wersją normalną i dwoma wersjami dyskotekowymi. Nagrałem również partie gitary basowej do dwóch piosenek umieszczonych na płycie Zdzisławy Sośnickiej "Magia serc".

Sielanka w "Budce" trwała dość długo, ale w końcu trzeba było nagrać następną płytę. Aby uniknąć porównań z "Tangiem" nagraliśmy płytę "Akustycznie". Płyta ta była kolejnym sukcesem komercyjnym. Kilka piosenek opracowanych akustycznie weszło na stałe do programu koncertowego. Woziłem na koncerty coraz więcej gitar :).

W 1999r. zrealizowałem jedno z moich marzeń i nagrałem płytę ze swoimi kompozycjami na gitarę akustyczną. Do realizacji tego pomysłu zaprosiłem najlepszych polskich gitarzystów. Płyta "12 Sprawiedliwych" otrzymała od czasopisma "Gitara i Bas" tytuł "Najlepszej Gitarowej Płyty Roku". Zagraliśmy kilka bardzo dobrych koncertów (m.in. świetny koncert w studiu radiowym "Trójki")
i musieliśmy na tym poprzestać, bo terminy koncertów kolidowały z działalnością "Budki". Z okazji 25-lecia zespołu wydana została płyta "Greatest Hits II" i dziesięciopłytowa "Antologia". Zagraliśmy dużą trasę koncertową której przebojem była piosenka "5 bieg". Po jubileuszowym koncercie w Sali Kongresowej odbył się bankiet na który zaproszono ludzi współpracujących z zespołem. Tam zakończyła się moja pięcioletnia przerwa w kontaktach z Bogdanem Olewiczem :). Rozpoczęliśmy rozmowy o pracy nad wspólnymi piosenkami. Następnie zagraliśmy z "Budką" w Carnegie Hall. Przed wydaniem płyty z tego koncertu zagrałem w studiu na nowo wszystkie partie instrumentów klawiszowych.

Na początku 2000r. rozpoczęliśmy nagrywanie kolejnej płyty. Zauważyłem, że pomimo upływu kilku lat panuje presja "Takiego tanga". Tradycyjnie w dzień nagrywałem gitary a potem do późnej nocy programowałem bębny i klawisze. Zaproponowałem swoją piosenkę, która okazała się według znawcy problemu "zbyt optymistyczna" :). Następna była "zbyt rockowa" i zrezygnowałem
z proponowania swoich piosenek. Rok później wydałem je na płycie "Półbuty". Zbyt optymistyczną była "To twoje życie i twoje marzenia" a zbyt rockową "Salut dla bohaterów". Nagraliśmy "Bal wszystkich świętych". Byłem śmiertelnie zmęczony wielotygodniową pracą w studiu, stresem i odpowiedzialnością. Odreagowałem nagrywając rockową płytę "Półbuty". Spełniło się moje kolejne marzenie. Teksty napisali najbardziej cenieni przeze mnie autorzy. Tradycyjnie nie mogliśmy zagrać zbyt wielu koncertów ponieważ kolidowały one z terminami "Budki" lub następowały kolizje ideologiczne :).

Pewnego dnia zatelefonował Bogdan Olewicz i zaproponował mi nagranie płyty Wojtka Gąssowskiego. Część materiału była już gotowa i potrzebne były spokojne utwory. Wymyśliłem kilka piosenek, wybrano trzy z nich i piosenka "Co przed nami" stała się tytułowym utworem płyty. Nagrałem wszystkie ślady w swoich piosenkach a w większości innych utworów zagrałem na gitarze basowej. Nakręciliśmy z Wojtkiem Gąssowskim program telewizyjny w ciekawej scenografii i z udziałem kilkudziesięcioosobowego baletu. Potem zaproponowano mi wymyślenie piosenki do nowego polskiego serialu o nazwie "M jak miłość". Nagrałem w swoim studiu wersję ostrzejszą, ale doszedłem do wniosku, że takiej wersji nikt nie zechce. Potem powstała wersja obowiązująca do dzisiaj :).

Płyta "Bal wszystkich świętych" okazała się ostatnim dużym sukcesem "Budki". Wokalista zespołu postanowił nagrać płytę, która "nie będzie miała nic wspólnego z 'Budką'". Podczas nagrań panowała niemoc, marnotrawstwo czasu i bałagan. Muzycy nie umieli lub nie wiedzieli co i jak mają zagrać. W końcu ja nagrałem partie gitary basowej i kilka partii gitarowych. Gdy wydawca po wielu tygodniach płacenia rachunków za te studyjne wyczyny usłyszał pierwsze efekty, stwierdził, że nie ma zamiaru inwestować w coś takiego. Płytę wydał "Pomaton" i nie był to sukces wydawniczy, natomiast wydawca "Budki" pozyskał w osobie wokalisty zdecydowanego "wielbiciela" :). Z kolei kompozytor postanowił nagrać swoje dzieła z innymi wykonawcami. Po nagraniu piosenek na płytę Marka Torzewskiego do promocji nie wybrano utworu kompozytora, więc ten zdecydował nie udostępniać swoich kompozycji na tę płytę, a wydawca oprócz kłopotu repertuarowego zyskał kolejnego "wielbiciela" :). Następnie próbowano te pozazespołowe sprawy dwóch osób uczynić sprawami zespołu i wykreować w ten sposób przyczynę rozwiązania współpracy między zespołem a "New Abrą".

W 2001r. za pomocą podstępu usunięto mnie z "Budka Suflera Production" i
dariusz30t
 

Postautor: marco » 11 paź 2009, 20:39

Oj Dariuszu, wszyscy to znamy ze strony Miecia. Czytaliśmy, słuchaliśmy... Historia znana nam od co najmniej 5 lat. My nie słuchamy Budki od roku. Proszę, nie zaśmiecaj nam tu forum i nie "odkrywaj Ameryki". Porozmawialiśmy uprzejmie i miło, więc bardzo Cię o to proszę. Ewangelizator z Ciebie. Ech... Szkoda Twojej energii
marco
Czasem tu pisuje
Czasem tu pisuje
 
Posty: 96
Rejestracja: 28 sty 2004, 18:46
Lokalizacja: Tychy

Postautor: Artur » 11 paź 2009, 21:06

Bardzo proszę moderatorów o usunięcie tego prymitywnego człowieka z forum. Nie zniżajmy dyskusji do poziomu śmieciowiska. Pozwalanie na tego typu zachowania doprowadzi do sytuacji, że zaglądające tu przypadkowo osoby bardzo szybko zaczną stąd uciekać, a ludzie pokroju Dariusza będą czuć przyzwolenie na to, by robić z tego miejsca jeden wielki syf.

Wielkie NIE z mojej strony dla tego typu gnojowiska.
Awatar użytkownika
Artur
Moderator
Moderator
 
Posty: 388
Rejestracja: 03 lis 2002, 11:44
Lokalizacja: Kielce

Postautor: adambart1 » 11 paź 2009, 21:49

ALE GLUPKI ! iDZCIE SPAC !
adambart1
Dopiero zaczyna
Dopiero zaczyna
 
Posty: 12
Rejestracja: 01 sie 2006, 22:32
Lokalizacja: Swindon, Anglia

Postautor: KODON » 12 paź 2009, 17:29

Podejdę do problemu z innej strony. Można założyć, że w [prawie] każdym zespole dochodzi do konfliktów ze względów finansowych lub ideologicznych, ale w przypadku Budki Suflera sprawa jest szczególnie skomplikowana. Z punktu widzenia pana Mietka Jureckiego wygląda to nieciekawie. Nie znam wszystkich szczegółów współpracy, dlatego nie wystawiam opinii.

Przyczyn obecnej sytuacji na rynku muzyki rozrywkowej należy szukać w ewolucji popkultury.

Budka Suflera zagrała bardzo dobrze w Operze Leśnej. W Nałęczowie nie byłem, ale z opinii wynika, że koncert udany i na poziomie. Sięgnęli po starsze rockowe utwory - "Memu miastu", "Rock'n'roll na dobry początek", "Noc komety", "Jest taki samotny dom" i kilka podchodzących pod rock progresywny - "Pieśń niepokorna", "Cień wielkiej góry" - zawsze wychodzą wtedy na plus.

Szkoda, że nie wydali CD lub DVD z koncertu w Sopocie albo Nałęczowie.

Powinni powrócić do rockowych brzmień - szczególnie pójść w stronę rocka progresywnego. Zobaczymy, co nagrali na nowej płycie.

Obecnie na gitarach grają Mirosław Stępień i Łukasz Pilch. Niech tak zostanie, choć przydałby się jeszcze 1 gitarzysta. :) Radzą sobie dobrze. Nie miałem okazji przyjrzeć się nagłośnieniu i porównać go z innym zespołem - w TV nie da się odwzorować brzmienia idealnie. Krytyka zarzutów użytkownika dariusz30t jest tutaj nieuzasadniona, gdyż jakość można zawsze poprawić. Nie chodzi o ogólny poziom decybeli, lecz o "równowagę" poszczególnych instrumentów, częstotliwości, odpowiednie efekty, uwzględniając przestrzeń i warunki techniczne.

Budka Suflera ma problemy z promocją. To nie jest tajemnica. Jeszcze sobie radzą z pomocą fanów i serwisów muzycznych. Z drugiej strony nie można się dziwić, bo zmienił się popyt na rynku muzycznym. Media w kółko lansują 2 utwory, czasami sięgną po inne dobrze znane szerokiej publiczności. Dobrze, że istnieją radia internetowe, w których można posłuchać twórczość polskiej klasyki rocka z różnych okresów.

Ostatnia płyta szybko zniknęła z półek, co świadczy o dużym sukcesie osób odpowiedzialnych za promocję.

Kończę i czekam na rozwój wydarzeń. Skorpiony wciąż grają (44 lata) i są w formie, Perfect (32 lata) nie składa broni, Dżem (36 lat) wciąż trzyma się mocno na scenie, ma wielu fanów i ciągle koncertuje. Budka Suflera planuje zakończyć działalność - szkoda, że tak wcześnie. Oby do 40-lecia. :)
Awatar użytkownika
KODON
Często się wypowiada
Często się wypowiada
 
Posty: 109
Rejestracja: 01 maja 2008, 19:25
Lokalizacja: Królestwo Polskie

Użytkownik KODON - Brawo , opinia obiektywna

Postautor: dariusz30t » 12 paź 2009, 20:43

Brawo.
Z takim użytkownikiem na forum bardzo chętnie, zawsze i wszędzie podejmę merytoryczną dyskusję.
W końcu kolejny forumowicz, ( z dwójką miałem przyjemność przeprowadzić prywatną korespondencję) który do pewnych zagadnień podchodzi obiektywnie.
Pozdrawiam
dariusz30t
dariusz30t
 

Do Pana Artura

Postautor: dariusz30t » 12 paź 2009, 20:51

Do Pana Artura.
...

Dalsza część wpisu autora Dariusz30t została przeze mnie usunięta. Jeżeli ktoś będzie pytać dlaczego to zapraszam do prywatnej rozmowy, skopiowałem treść do wglądu. Są pewne granice dobrego smaku, których przekraczać nie wolno. Jeżeli dariusz30t na siłę szuka prowokacji to nie jest to miejsce na tym forum i niezależnie czy jest Ślązakiem z dziada pradziada i pochodzi z Chebzia Pętli czy innej części Polski nie ma to znaczenia. Sam pokazuje swoimi wpisami jaki cel mu naprawdę przyświeca. Chętnie poinformuję Mietka jakich to sobie znalazł obrońców.
Człowieku tym razem to my apelujemy do Ciebie. Opuść to miejsce jakim jest forum BS. Zrobisz tym sposobem zespołowi więcej pożytku niż swoimi wszystkimi wcześniejszymi wpisami.

MODERATOR - Mgr
dariusz30t
 

Postautor: black_ozzy » 12 paź 2009, 22:42

Niech jakiś modernator zamknie te tematy... Wszyscy zaczynają bluzgać na siebie nawzajem. To nie przystoi temu forum.

Pozdrawiam
"I coraz bardziej wokół pusto,
Jedyny MÓJ przyjaciel lustro,
Widoki piękne lecz cóż z tego,
Coś zostało zgubione, zgubione, zgubione!"
Awatar użytkownika
black_ozzy
Wybitny reprezentant
Wybitny reprezentant
 
Posty: 757
Rejestracja: 10 lis 2003, 17:06
Lokalizacja: Bielsko-Biała i Gliwice


Wróć do Wasze opinie

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości